Z wizytą u... Grzegorza Krychowiaka: W Sevilli miałem nie powąchać murawy

To nie jest wywiad o golach, wślizgach i prostopadłych podaniach. To rozmowa o poświęceniu, wyrzeczeniach, katorżniczej pracy i odpowiednim wychowaniu. Z Grzegorzem Krychowiakiem rozmawialiśmy w Sewilli w ekskluzywnym Hotelu Alfonso XIII, w dużej części o krętej drodze, którą musiał przebyć, aby trafić tu z nadbałtyckiego Mrzeżyna.

Przed Grzegorzem Krychowiakiem trzy najważniejsze miesiące w dotychczasowej karierze - zarówno w klubie, jak i polskiej kadrze.


Walczą o utrzymanie w lidze i interesują się Kamilem Glikiem - KLIKNIJ!

w Hiszpanii rozmawiał Paweł KAPUSTA


- Jak to możliwe, że mimo wygrania Ligi Europy, wskoczenia na poziom, dzięki któremu stałeś się gwiazdą, nie tryska ci z uszu woda sodowa?
- To kwestia wychowania i tego, jakiego człowieka zrobili z ciebie rodzice - mówi „Piłce Nożnej" Grzegorz Krychowiak (na zdjęciach). - Ale charakter też jest ważny. Piłkarze są mocno narażeni na, jak to nazwałeś, tryskanie sody. W młodym wieku wpadają im do kieszeni ogromne pieniądze, mogą robić, co im się podoba, nie mają wielu ograniczeń. Na to, jak się zachowujesz poza boiskiem, wpływ ma bardzo wiele czynników, z których ludzie będący poza piłką nie do końca zdają sobie sprawę. Gigantyczna presja, wymagania kibiców, bycie w centrum zainteresowania, ograniczona prywatność - to naprawdę później wpływa na to, jak człowiek zachowuje się na co dzień. Ale wychodzę z założenia, że oprócz tego, że jesteśmy piłkarzami, to również zwykłymi facetami. To, że grasz w piłkę, nie pozwala ci nie szanować innych ludzi.

- Gdy widzisz takie zachowanie kolegów po fachu, jak reagujesz?
- Mam swoje przemyślenia na temat zachowania niektórych piłkarzy, ale pozwól, że zostawię je dla siebie. Jeśli coś mi się nie podoba, głośno tego nie mówię, jeśli problem nie dotyczy mnie bezpośrednio albo zespołu, w którym gram. Ale jeśli coś mi się podoba, chętnie to chwalę. Poprzez wypowiadanie opinii na ten temat mógłbym sobie tylko przysporzyć wrogów. Nie uważam, żebym miał prawo do wychowywania innych, tym bardziej że osoby, o których mówimy, nie są moimi bliskimi.

- W każdej drużynie, w której grałeś, spotkałeś się z takimi zachowaniami?
- Tak.

- A w kadrze?
- Jak najbardziej, zdarzają się. Chodzi o sytuacje, w których niektórzy w piłce za wiele jeszcze nie osiągnęli, ale w ich głowach kiełkuje myśl, że mają już na koncie wielkie sukcesy. W sumie już tak jest, że właśnie ci, którzy za wiele nie osiągnęli, tak się zachowują. Z kolei najlepsi mają w sobie pokorę, potrafią się zachować w każdej sytuacji i nie gwiazdorzą.

- Mówisz o wpływie rodziców, ale z rodzinnego domu wyjechałeś w wieku 12 lat. Od samego początku znajdowałeś się w grupie najwyższego ryzyka zarażenia tym wirusem.
- Prawda, zostałem rzucony na głęboką wodę. Wyjechałem z domu i mogłem robić wszystko, co mi się podobało. A wiadomo, w przypadku takiego dzieciaka w większości nie są to mądre wybory. Kontakt z rodzicami od zawsze miałem jednak wzorowy, wbili mi do głowy takie wartości, że do robienia głupot było mi zawsze daleko. Stąd później starałem się szukać takich znajomych i przyjaciół, którzy nie namawiali mnie do złego, motywowali do pracy i rozwoju. Tylko żeby nie było - w przeszłości grałem z kumplami, z którymi można było pożartować, w drużynach, w których panowała świetna atmosfera. Na pewno się nie izolowałem.

- Kto cię trzymał krócej - mama czy tata?
- Tata.

- Zdarza mu się jeszcze zadzwonić i opieprzyć cię za coś? Albo sprowadzić na ziemię?
Tata ma wyraziste zdanie na wiele spraw, często dzwoni, rozmawiamy, chętnie słucham jego rad. Nigdy nie miałem problemu z krytyką. Powiem więcej - bardzo ją lubię, bo ona pozwala stawać się lepszym. Oczywiście mówię o krytyce konstruktywnej, a nie o tym, że w internecie ktoś napisze, że się dziwnie ubrałem albo nie tak zażartowałem. To jest niepoważne.


- Gdy patrzysz na swoją karierę z dystansu kilku lat, możesz wskazać, co musi zrobić dwunastolatek, żeby później być w miejscu, w którym jesteś teraz?
- Ciężko pracować. Wiem, to banał, ale uwierz mi, to jest klucz. Zostanie solidnym piłkarzem to ogromna liczba wyrzeczeń, które nie każdy umie zaakceptować. W moim przypadku wiązało się to z częstymi zmianami otoczenia, zostawianiem kolegów, życiem z dala od rodziny. Już wtedy trzeba włączyć w głowie pozytywne myślenie. Dla mnie za każdym razem była to szansa i fantastyczna przygoda. Bycie piłkarzem daje później szanse poznawania nowych miejsc, kultur, ludzi i języków. To piękna sprawa.

- Bajka.
- Granie w piłkę i zarabianie na tym pieniędzy to świetna rzecz. Ale to nie jest łatwe. Wielu ludziom wydaje się, że my piłkarze, nie mamy zmartwień. To dlatego, że widzą tylko zawodnika na boisku, w samochodzie, albo na zdjęciu przed domem z żoną. A przecież wszystko okupione jest ogromną pracą, żeby na ten poziom w ogóle dojść, a później jeszcze cięższą, żeby się na nim utrzymać. A czasem widzę komentarze: przecież on zarabia tyle kasy, nie ma prawa być zmęczony! Jesteśmy tylko ludźmi, też możemy mieć chwile słabości, gorsze momenty.

- Można zaplanować karierę mając 15 lat, czyli tyle, ile miał Krychowiak wyjeżdżając do Francji?

- To niemożliwe. Sam w tym wieku nic nie planowałem, chciałem po prostu grać, rozwijać się. W piłce jest zbyt dużo niezależnych od ciebie czynników.

- Ale zaprogramować się na ciężką pracę już się da. Piłce i treningowi oddałeś się w całości: zero alkoholu, nocnych wypadów, twoje całe życie to od zawsze futbol.
- Nigdy nie narzekałem, że się tego wyrzekłem. Dla mnie to było oczywiste, tak po prostu było trzeba. Wielu było takich zawodników, których mimo posiadania wielkich możliwości, dzisiaj w piłce już nie ma. Uważam, że każdy ma w sobie jakiś procent talentu. Niektórzy mają go więcej, inni mniej, przez co muszą ciężej pracować, wytrenować to, czego nie ma się naturalnie.

- Ile miałeś talentu?
- Coś tam miałem, ale to, gdzie jestem teraz, jest efektem pracy, wyrzeczeń i dążenia do celu za wszelką cenę. Gdyby nie te trzy rzeczy, sam talent by mnie tu nie zaprowadził. I to przekłada się też na późniejszy stosunek kibiców do piłkarza. Kibic szanuje każdego zawodnika, który w trakcie meczu zostawia na boisku swoje zdrowie, biega za dwóch, jeździ na tyłku. Mecz możesz przegrać, to się zdarza, ale nigdy nie możesz przejść obok. Jeśli fani widzą, że dałeś z siebie wszystko, ale przeciwnik okazał się lepszy, i tak podziękują ci za walkę. Ale jeśli zobaczy, że odpuściłeś, na pewno tego nie przeoczy. W każdym meczu występuję z taką myślą, dlatego czuję, że kibice Sevilli mnie szanują.

- Masz kontakt z dawnymi kumplami ze Szczecina albo Gdyni?
- Niezbyt intensywny, choć ostatnio spotkałem się w Hiszpanii z jednym kolegą, który gra teraz w Bytowie. Jego klub, Drutex-Bytovia, był tu na zgrupowaniu, więc chwilę porozmawialiśmy.

- Ktoś z nich jest jeszcze w poważnej piłce?
- Wojtek Wilczyński gra w Bytowie, Marcin Budziński w Cracovii. To by było chyba na tyle.

- Niedawno wpadła mi w rękę fotografia z czasów juniorskich kadr Polski. Z grupy, której byłeś częścią, większość chłopaków już przepadła, nie ma ich w piłce.
- Gdy znalazłem się w szkółce w Bordeaux, nie dopuszczałem do siebie myśli, że nie będę piłkarzem. Nie miałem planu B, zagrałem va banque. I dzięki takiemu myśleniu zaszedłem tu, gdzie jestem. Szkołę i studia skończyłem, ale było to tylko ubezpieczenie. Natomiast ostatnio czytałem ciekawy artykuł na temat wyboru między szkołą a grą w piłkę. Łączenie jednego z drugim jest niebywale trudne. Z jednej strony ktoś cały czas krzyczy ci, żeby nie zaniedbywać szkoły, z drugiej wiesz, że musisz się poświęcić piłce, inaczej nic z tego nie będzie. Tym trudniej jest, gdy w bardzo młodym wieku zarabiasz już więcej niż twoi rodzice, pojawiają się pokusy. A z drugiej strony - na wczesnym etapie trener wchodzi do szatni, w której jest 23 chłopaków marzących o grze w piłkę i mówi: tylko pięć procent z was zostanie piłkarzami. I to daje mocno do myślenia. Jednych to mobilizuje, innych skłania do myślenia o innej przyszłości. Trzeba podchodzić do tego inteligentnie, wiedzieć, że coś może nie wyjść.

- Miałeś na wczesnym etapie kariery moment, który można nazwać przełomowym? Robert Lewandowski musiał się na przykład zmierzyć ze śmiercią ojca.
- A ja jednego, przełomowego momentu w swoim życiu nie miałem. Może w jakimś sensie można by było pod to podciągnąć wyjazd za granicę, ale bardziej nazwałbym to krokiem w karierze.

- Bardzo pomógł ci wtedy Andrzej Szarmach.
- Pan Andrzej miał na mnie ogromny wpływ. Był moim pierwszym menedżerem. Na przykład to on przemówił mi do rozsądku, gdy miałem ciężki moment w Bordeaux. Nie grałem w pierwszym zespole, więc wytłumaczył, że jeśli nie idzie, trzeba zrobić krok w tył, szukać praktyki w niższych ligach. Regularna gra to podstawa. Ostatnio oglądałem mecz Chelsea - PSG, komentator powiedział w kontekście młodych zawodników, że sama możliwość trenowania ze świetnymi piłkarzami może im zastąpić grę w innych zespołach. To kompletna bzdura. Żaden trening nie zastąpi meczu, nawet w drugiej lidze. Tym bardziej trening drużyny, która gra co trzy dni. Wtedy zajęcia są luźne, regeneracyjne. Trzeba grać, szukać możliwości wypożyczenia. I ja tak postąpiłem.

- Krytykowano cię za wybór niższej ligi we Francji zamiast powrotu do Polski.
- To niedorzeczne, gdybym dzisiaj miał podejmować decyzję, myślisz, że podjąłbym inną? Z ligą polską nie mam żadnego problemu, ale wtedy powrót do kraju oznaczałby dla mnie osobistą porażkę. To byłoby pójście na łatwiznę.

- Z Lewandowskim macie wiele wspólnych cech?
- Trudno jest mi się na ten temat wypowiadać. Znamy się bardzo dobrze, to mój przyjaciel...

- Bardzo się od siebie różnicie?
- Nie, to też człowiek wytrwale dążący do celu, nieznoszący porażek, skoncentrowany na osiągnięciu sukcesu, znajdujący się w tym miejscu dzięki ciężkiej pracy.

- Zdarza się wam do siebie dzwonić? Wymieniać poglądami zawodowymi? Wskazówkami? Czy jednak kontakt utrzymujecie przede wszystkim towarzyski?
- Podczas zgrupowań nasze trio Szczęsny-Lewandowski-Krychowiak spędza ze sobą bardzo dużo czasu. Wojtka znam już od wielu lat, chyba dziesięciu. On znał Lewego wcześniej, poznaliśmy się z Robertem właśnie przez Szczęsnego, z upływem czasu zaufaliśmy sobie, zaprzyjaźniliśmy się. I nie zakumplowałem się z nim, bo strzelił cztery gole Realowi. Dobra atmosfera między nami przenosi się później na boisko.

- Lewy to już przedsiębiorstwo, pracuje na niego sztab ludzi. Ty też znalazłeś się w momencie kariery, w którym zatrudniasz na różnych odcinkach odpowiednich specjalistów?
- Wychodzę z założenia, że zawodnik jest od grania w piłkę. Innymi sprawami powinny zajmować się osoby, które się na nich znają. Choć akurat tutaj trzeba bardzo uważać.

- Na tych, którzy traktują piłkarzy jak maszynki do robienia kasy?
- W tym środowisku jest naprawdę bardzo trudno komuś zaufać. Piłkarze zarabiają ogromne pieniądze, wielu chce na tym w jakiś sposób korzystać, nie zawsze uczciwie.

- Dlatego prawą ręką uczyniłeś swojego brata, Krzysztofa?

- Tak, mam do niego ogromne zaufanie, bardzo mi pomaga, ale nie jest jedyną osobą. Współpracuję z firmą, która zajmuje się w Polsce moim wizerunkiem, jest też inna osoba, która pomaga mi zarządzać kwestiami finansowymi, przede wszystkim we Francji. Współpracuję z nią już od siedmiu lat, pamiętam nawet dzień, w którym spotkaliśmy się pierwszy raz. Powiedziała mi wtedy: chcę zacząć współpracować z tobą teraz, gdy grasz w drugiej lidze, bo później będzie ci trudno mi zaufać.

- Rzeczywistość, którą zastałeś w Hiszpanii, bardzo różni się od tej francuskiej?
- Nie, zupełnie, jest w zasadzie tak samo. Mój dzień jest bardzo nudny, monotonny jeśli mielibyśmy go dokładnie przeanalizować. Jest w nim miejsce na trening, sjestę, dopiero około 17, jak wszystko skończę, mam czas dla siebie. Ale też bez większych atrakcji, bo wcześnie chodzę spać.

- Jak dokładnie wygląda twój plan dnia?
- Wstaję o 8, w klubie jestem około 8:30. Tam jem śniadanie, a o 9 zaczynam trening indywidualny. Zajęcia z zespołem startują o 10:30. Mamy wtedy analizę rozegranego meczu albo analizę kolejnego przeciwnika, zajmuje nam to zazwyczaj około 60 minut. Następnie wychodzimy na zajęcia na murawę, zaczynamy około 12 i w zależności od okresu i natężenia meczów w kalendarzu trenujemy od godziny do dwóch. Zazwyczaj około 13:30 kończymy trening i rozpoczyna się praca z fizjoterapeutą oraz odnowa biologiczna, na co poświęcam kolejną godzinę. Zajęcia kończę około 14:30, później jem obiad. O 15 wracam do domu, od 15 do 16 śpię, a do około 17 leżę w łóżku i wypoczywam. Dopiero po tej godzinie mam czas wolny.

- I wieczorami po mieście się nie włóczysz.
- Nie, z dość prozaicznego powodu. Lubię wcześniej zjeść ostatni posiłek, około godziny 19. W Hiszpanii mają inne przyzwyczajenia, restauracje otwierają się dopiero około 20, a goście jedzenie dostają około 21:30, to dla mnie zdecydowanie zbyt późno. Spotkać mnie wieczorem na mieście jest naprawdę trudno.

- Oprócz tego jest coś, do czego trudno było ci się przyzwyczaić?
- Zdawałem sobie sprawę, że przeprowadzka będzie się wiązać z różnicami. Przenosisz się w nowe miejsce, ludzie mają swoje przyzwyczajenia, zwyczaje, rytuały - to normalne. Ale przeważnie są to detale, przez które nie miałem większych kłopotów z adaptacją. W Sewilli czuję się bardzo dobrze, to piękne miasto ze znakomitą pogodą, przez cały rok świeci słońce, ludzie są bardzo pozytywnie nastawieni do życia. Zresztą w swoim życiu zmieniałem już otoczenie kilka razy, zawsze przebiegało to łagodnie.

- Z Polski wyjechałeś jako nastolatek, we Francji żyłeś prawie dekadę, od dwóch lat mieszkasz w Hiszpanii. Porozumiewasz się w kilku językach, twoja życiowa partnerka nie jest Polką, otaczasz się ludźmi z wielu różnych krajów. Jaki jest twój stosunek do ojczyzny? A może już bardziej czujesz się obywatelem Europy?
- Niedługo dożyję momentu, w którym dłużej mieszkał będę za granicą, niż swego czasu mieszkałem w Polsce. Oczywiście, żeby nie było żadnych wątpliwości - czuję się Polakiem, jestem dumny z tego, skąd pochodzę i gdy tylko mogę, podkreślam to głośno i wyraźnie. Ale z drugiej strony nie ukrywam również, że czas, który spędziłem poza Polską, miał na mnie ogromny wpływ. I już nawet nie mówię tylko o rozwoju piłkarskim, ale ogólnie, po prostu o kształtowaniu mnie jako człowieka. Dlatego trudno mnie jednoznacznie sklasyfikować. Oczywiście, jestem Polakiem, ale chyba trafnie to ująłeś, w dużej części można mnie też nazwać obywatelem Europy.

- Śledzisz to, co dzieje się w Polsce?
- Staram się być na bieżąco.

- Czyli docierają do ciebie na przykład polityczne wojenki, cały ten miszmasz, który dzieje się w naszym kraju?

- Staram się śledzić najważniejsze rzeczy, wydarzenia, o których jest najgłośniej. Na przykład wiem, że prezydent miał wypadek samochodowy. Ale polityką się nie interesuję.

- W wyborach brałeś kiedyś udział?
- Nie, nigdy nie głosowałem. Z Polski wyjechałem, gdy miałem 15 lat, odkąd osiągnąłem pełnoletniość, w kraju już kilka razy odbywały się wybory, ale zawsze jakoś tak się to układało, że nie byłem w stanie się zorganizować.

- Jest jakaś polska cecha, która cię irytuje?
- Często słyszę takie określenia: my Polacy jesteśmy tacy i tacy, albo: my Polacy robimy tak i tak. Później ma to na nas duży wpływ, gdy znajdziemy się w Europie, wyjedziemy poza Polskę. Czujemy się inni, nierozumiani, źle odbierani. To wynika z naszego podejścia, zamknięcia na innych. Często słyszę też narzekania na Polskę i Polaków z ust rodaków. I to mnie bardzo irytuje.

- Myślałem, że powiesz o zawiści i braku wiary we własne możliwości.

- Ale to jest ze sobą bezpośrednio związane. Natomiast zawiść spotkasz wszędzie. Myślisz, że na przykład we Francji jej nie ma? Tam też można spotkać się z negatywnym odbiorem, gdy ci się coś udaje, gdy zaczynasz zarabiać większe pieniądze, osiągasz sukcesy.

- Ty w swoje umiejętności i możliwości wierzysz?
- Przede wszystkim nie mam problemu z myśleniem, że mogę mieć większe umiejętności niż Hiszpan, Niemiec czy Francuz.

- Czyli nie masz problemu z wyobrażeniem sobie duetu Lewandowski - Krychowiak w Realu Madryt? Bo zapewne gdyby stworzyć artykuł na ten temat i wrzucić go w polski internet, utonąłbyś pod milionem negatywnych komentarzy. Coś w stylu: - Gdzie oni się k*** nadają do Realu!?
- Doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Powiem więcej, nie wybiegajmy w przyszłość, nie wyobrażajmy sobie mnie z Lewym w Realu, tylko przypomnijmy moment, w którym przechodziłem do Sevilli. Wtedy część ekspertów mówiła, że Krychowiak z miejsca usiądzie na ławie, murawy nawet nie powącha, a najbliższy mecz zagra w styczniu w Pucharze Króla. Myślisz, że to do mnie nie docierało? Że tego nie widziałem? Każdy może mieć własne zdanie, poza tym gazety lubią uderzać takimi tytułami i tekstami. Tylko że najlepszą odpowiedzią, jakiej może udzielić piłkarz, jest postawa na boisku. Najlepsi nie muszą się bronić wypowiedziami w prasie. Bronią się co trzy dni grając na odpowiednim poziomie w lidze i europejskich pucharach. A odnośnie krytyki, tekstów sugerujących, że mi coś nie wyjdzie, że do czegoś się nie nadaję - to mnie motywuje, wtedy mówię sobie: - A ja ci udowodnię, że mi wyjdzie.

- Teraz będziesz miał ku temu idealną okazję, bo przed Euro pojawią się również głosy, że do Francji nie macie po co jechać.
- Będzie wręcz przeciwnie. Kiedy reprezentacja Polski jedzie na wielki turniej, mówi się, że jedziemy po złoto. Było tak przed wszystkimi turniejami w ostatnich latach. A później przychodzi zaskoczenie, gdy nie wychodzimy z grupy. Powinniśmy być realistami - w ostatnich latach nasza kadra nie osiągnęła żadnego sukcesu, który pozwalałby nam powiedzieć, że grupa jest łatwa albo że brak awansu do fazy pucharowej będzie tragedią. Nie mamy przecież takiej marki, jak Niemcy. Jasne, wygraliśmy z nimi, ale gdyby ktoś teraz przeanalizował mecz na Stadionie Narodowym zobaczyłby, że mieliśmy sporo szczęścia. Zmierzam do tego, że na Euro nie będziemy mieli łatwego zadania, trafiliśmy do trudnej grupy. Z Ukrainą niedawno przegraliśmy dwa mecze, Irlandia wygrała swoją grupę, Niemców nie trzeba nawet przedstawiać. Trzeba do tych rywali podchodzić z szacunkiem. Tylko żebym został dobrze zrozumiany: nie uważam, że nie mamy zespołu z umiejętnościami pozwalającymi nam na wyjście z tej grupy. Wręcz przeciwnie, tworzymy ekipę, która może na tym turnieju dużo zdziałać. Ale to nie będzie łatwe.

- Zgodzisz się ze stwierdzeniem, że rozpocząłeś właśnie najważniejsze cztery miesiące w karierze?
- Zdaję sobie sprawę, że przed nami wielki turniej. Możesz rozgrywać dobrze cały sezon, ale ostatecznie i tak najważniejsza jest realizacja wyznaczonego celu. Nie chcę, żeby to zabrzmiało pospolicie, ale razem z chłopakami z reprezentacji naprawdę ciężko pracowaliśmy, żeby we Francji osiągnąć sukces. Do końca sezonu zostało jeszcze kilka miesięcy, jest jeszcze sporo meczów do rozegrania. Dlatego staram się, choć przyznaję, że nie jest to łatwe i czasem rozmyśla się o Euro, skupiać się na każdym kolejnym meczu. To ułatwia utrzymywać zadowalającą formę.

- Wcześniej czeka cię w klubie ogrom meczów o wielką stawkę. Liga Europy, Puchar Króla z Barceloną, walka o Champions League w Primera Division. I na koniec Euro. Wszystkie te spotkania mogą być dla ciebie trampoliną do jeszcze większego niż Sevilla klubu.

- Zupełnie nie patrzę na to w ten sposób. Dla mnie priorytetem są zwycięstwa, jak najlepsze wyniki, zadowolenie kibiców, realizowanie przedsezonowych celów. No i oczywiście rozwijanie się jako piłkarz. A myśli, czy akurat to wszystko pozwoli mi ma zmianę klubu, w głowie nie mam. Natomiast jeśli ktoś dostrzega moją grę i ją docenia, jestem z tego zadowolony.

- Ale plan na przyszłość musisz przecież jakiś mieć. Jeśli nie na dziesięć lat, to chociaż na rok albo dwa.
- Uwierz mi, nie mam ułożonego planu, że tego i tego dnia zmienię klub. Nie robię tak, bo transfery są zależne od bardzo wielu osób i czynników, nie tylko od piłkarza. Moim celem jest stawanie się lepszym zawodnikiem. A gdybym zwracał tylko uwagę na siebie, wciąż zastanawiał się, czy konkretny mecz mógł się podobać przedstawicielom innego klubu i czy dzięki temu przeniosę się gdzieś indziej, byłoby to chore.

- Podejmowanie decyzji o przyszłości bez wcześniejszych planów musi być nie na rękę twojej życiowej partnerce. Celia chciałaby pewnie wiedzieć wcześniej, czy swoje życie w najbliższych latach planować w Sewilli, Madrycie czy Londynie.
- Życie piłkarza i z piłkarzem już takie jest - jeden wielki znak zapytania. Gdy dwa lata temu ważyły się losy mojej przyszłości, jeszcze kilka dni przed spakowaniem walizek nie wiedziałem, gdzie będę grał. W tym biznesie właśnie tak to działa, rzadko kiedy można z dużym wyprzedzeniem mówić o konkretach. Przeważnie wpływa oferta, masz kilka dni na zrobienie rachunku plusów i minusów. I tyle, albo się zgadzasz, albo grzecznie odmawiasz.

- Twoja kobieta będzie miała wpływ na to, jaką decyzję podejmiesz?
- Każdy mój ruch ma bezpośrednie przełożenie na jej życie codzienne, bardzo dobrze się rozumiemy i na pewno będziemy o tym wszystkim rozmawiać. Tylko dla mnie sprawa jest jasna od zawsze - priorytetem jest kariera, a nie to, czy będę mógł się położyć na plaży po treningu.

- Patrz, nie padło ani jedno pytanie o płaszcz i prezesa Bońka.
- I dobrze! Ile można?


Wywiad ukazał się w najnowszym numerze Tygodnika "Piłka Nożna"