Adam Danch: Człowiek wraca po treningu do domu i głupio mu wyjść do sklepu. Jest mi wstyd

- Myślisz, że jest mi łatwo? Myślisz, że to po mnie spływa? Człowiek wraca po treningu do domu i głupio mu wyjść do sklepu, bo wie, że zaraz zostanie rozpoznany i będzie musiał odpowiadać na pytania: co się do jasnej cholery dzieje z Górnikiem? - mówi kapitan zabrzańskiego zespołu.

Rozmawiał Paweł Kapusta

Ile razy dostałeś po pysku na Niebieskich Dachach za to, że grasz nie w tym klubie, co trzeba?

Ani razu. Teraz mieszkam trochę dalej, w spokojnej okolicy, gdzie o wiele trudniej o awanturę albo zaczepki. Kibiców można spotkać, ale ultrasów na moim osiedlu nie widuję – odpowiada Adam Danch. – Wychowałem się w Rudzie Śląskiej na Bykowinie, w miejscu, które jest bliżej Chorzowa, niż Zabrza. Żyłem na osiedlu, które przyjęło się nazywać osiedlem Ruchu, a nie Górnika.

Jakim cudem związałeś się więc z Zabrzem, a nie Chorzowem?

Za dzieciaka grałem w klubie Wawel z Rudy Śląskiej, podczas turnieju wypatrzyli mnie ludzie z Gwarka. Zaproponowali moim rodzicom, żebym przeniósł się do Zabrza. To była kusząca oferta, bo w końcu zgłosił się po mnie klub, który znany jest ze szkolenia młodzieży. A wiadomo, z Gwarka do Górnika jest bardzo niedaleko, cztery lata spędziłem więc w Gwarku, następnych dziewięć w Górniku. Tu chodziłem do liceum, spędzałem całe dnie. Z Zabrzem jestem bardzo mocno związany.

Jesteś chłopakiem stąd, Ślązakiem z krwi i kości. Wrosłeś już w to miejsce.

Urodziłem się tutaj, wychowałem i żyję od zawsze. I jestem dumny ze swojego pochodzenia, czuję się tu bardzo dobrze, wiem, że to moja ojczyzna. Mój ojciec był hutnikiem, brat pracuje na kopalni, mama prowadziła sklepik. Dzieciństwo miałem takie, jak większość ludzi w naszym kraju – bez luksusów, ale z wszystkim, co było mi potrzebne. Po szkole zawsze szedłem do mamy, pomagałem jej w sklepie. Później brałem torbę, szedłem na przystanek i jechałem autobusem na trening na Gwarek.

Górnik wciąż jest klubem, w którym czuje się specyficzną atmosferę tego miejsca?

Czasy się pewnie trochę zmieniły, wielu piłkarzy w szatni jest przyjezdnych, pochodzą albo z innych regionów Polski, albo w ogóle z innych krajów. Ale Górnik to wciąż klub specyficzny, śląski. Cały czas, oprócz mnie, gra tutaj kilku chłopaków, którzy też są stąd. W klubie mamy telewizor, w którym zawsze włączony jest program informacyjny. Gdy na kopalni wydarzy się jakiś poważniejszy wypadek, śledzimy doniesienia, dyskutujemy, dzwonimy do znajomych. Mocno to nas wtedy dotyka. To już się nie zmieni, nazwa klubu nie wzięła się przecież znikąd.

Kiedyś mówiłeś, że myślałeś o pracy pod ziemią.

Myślałem, to akurat nic dziwnego. Był taki czas, że wcale nie było pewne, że będę piłkarzem zarabiającym na życie, na rodzinę graniem w klubie z ekstraklasy. Różne myśli krążyły po głowie, a praca pod ziemią to na Śląsku naturalny wybór dla mężczyzny. To pewna robota, za dobre pieniądze, z premiami.

Nie bałbyś się?

Taka robota, zresztą zawsze może ci się coś stać. Skończymy wywiad, wyjdziesz na ulicę i potrąci cię samochód. Nie przewidzisz tego.

Pomysł o zmianie profesji i zjeździe pod ziemię pojawił się w twojej głowie w momencie krytycznym, gdy znalazłeś się w największym dołku.

To było mniej więcej wtedy, gdy zlecieliśmy z ligi, a na dodatek przestałem grać, siedziałem na ławie. Górnik to nie jest zwykły, pierwszy z brzegu klubik. To jest wielki klub, z tradycjami, sukcesami, ogromną rzeszą kibiców, którzy mają swoje oczekiwania. W okresie, w którym spadliśmy z ekstraklasy i później walczyliśmy o awans, presja ze strony fanów, co zresztą jest normalne, była gigantyczna. Byłem wtedy młodym chłopakiem, któremu kariera nie układała się tak, jak sobie założył. To sprawiało, że byłem zdołowany, myślałem o różnych rzeczach, między innymi o pójściu na kopalnię. Różne głupie myśli huczały w głowie.

Na przykład imprezowanie, wychodzenie do dyskoteki częściej, niż powinieneś.

To akurat zostało trochę przerysowane w mediach, nie było przecież tak, że wychodziło się codziennie – kończyło się trening, brało prysznic i szło w miasto. Czasem się wychodziło, a że jestem stąd, to zawsze miałem z kim się pobawić. To już historia, nie chciałbym do tego wracać. Powiem jedynie, że człowiek niektóre rzeczy jest w stanie zrozumieć, gdy na karku ma trochę więcej lat, a w głowie więcej oleju. Kiedy niektórzy mówili wtedy, żebym przystopował trochę, odpowiadałem tylko: – Co ty tam człowieku fanzolisz bez sensu. Dzisiaj wiem, że mogłem w pewnym momencie prowadzić się lepiej.

Przyznasz, że zdarzały się weekendy, w których do katowickich klubów wjeżdżaliście z Łukaszem Skorupskim z buta.

Było tak, przyznaję. Człowiek był młody, głupi, nie myślał nawet o konsekwencjach swojego zachowania. Nie było z tyłu głowy, że przecież niektóre rzeczy mogą dojść do klubu, że mogły być z tego problemy. Na szczęście to już za nami.

Łukasz był wtedy twoim najlepszym kumplem?

Bardzo blisko się trzymaliśmy, rozumieliśmy i dalej rozumiemy bez słów. To chłopak z Zabrza, ja z Rudy Śląskiej, czyli dwóch swoich. Ze Skorupem przeżyliśmy wiele śmiesznych i nieśmiesznych historii. Opinie o nim krążą różne, że jest szalony, nieprzewidywalny, ale mogę powiedzieć jedno: to gość, który po wejściu do szatni zawsze był najspokojniejszą osobą. Tylko, że jak przychodziło co do czego, gdy trzeba było stanąć w obronie kolegi z drużyny, Łukasz zawsze był pierwszy. I dlatego później ciągnęły się za nim różne plotki.

Można powiedzieć, że na dobrą drogę sprowadziła cię w trudnym momencie dziewczyna, którą właśnie wtedy poznałeś, a później została twoją żoną i urodziła syna?

Klaudia miała na mnie na pewno ogromny wpływ. Uspokoiłem się, ustatkowałem. Wymogła na mnie, żebym wziął się w garść. Dużo jej zawdzięczam.

Pokazała ci swój kibicowski notes?

No jasne, że pokazywała! Do dzisiaj ma ten pamiętnik, w którym opisywała swoje wyjazdy z kibicami Górnika albo wyjścia na mecze u siebie. Pisała tam o wielu szczegółach, jak dokładnie przebiegał doping, co kibice krzyczeli do piłkarzy. Była mocno zakręcona na tym punkcie. Gdy czytałem ten pamiętnik, śmiałem się z niej.

Opisywała też mecze, w których grałeś?

Chyba tak, ale akurat ja się do żadnego opisu nie załapałem. Tłumaczy ją to, że pisała w nim tylko o sprawach kibicowskich. Tym, jak grała drużyna, już się nie zajmowała. Można tam znaleźć opisy opraw, dokładne wspomnienia dopingu. To ciekawa lektura, bo pochodzi z czasów, gdy Górnik walczył o utrzymanie, a całe trybuny starego stadionu były zapełnione. Klaudia żyje każdym meczem, to jest jej szczera miłość do atmosfery panującej na stadionie. Mnie jednak na Torcidę nie ciągnie, wie, że jeśli nie gram, wolę mecz obserwować na spokojnie. Natomiast gdy gram, po meczu jest pierwszym krytykiem mojej gry. Nigdy nie ściemnia, wali prosto z mostu. Gdy przegramy, zanim jeszcze wejdę z nią do samochodu, już wiem, jakie słowa usłyszę: – Boże, ale dzisiaj zagraliście dramat.

Trener Nawałka dzwoni jeszcze czasem do ciebie po starej znajomości?

Zdarza się, że trener dzwoni. Na przykład po nieudanych meczach nie ma zwyczaju wbijania gwoździa, zawsze stara się podbudowywać.

Jak wspominasz go jako trenera Górnika?

Miał niesamowity autorytet i posłuch. Gdy wchodził do szatni, w której było 20 osób, momentalnie wszyscy przy nim więdli albo się rozchodzili, nagle z 20 chłopa robiło się 12. Grając mecz i popełniając błąd już wiedziałeś, że w szatni czeka cię jazda bez trzymanki. U trenera zawsze była krótka piłka. Miałeś być w konkretnym miejscu na boisku, uczestniczyć w konkretnej sytuacji. Jeśli nie było cię tam, nie miałeś się co tłumaczyć. Mówił, że dostajesz jeszcze jedną szansę. Jak popełniałeś ten sam błąd, sadzał cię na ławce. Nie było u niego świętych krów.

Ponoć pierwsze, co zrobił Nawałka po twoim powrocie ze zgrupowania kadry, jeszcze za kadencji Waldemara Fornalika, to postawił cię do pionu.

Dokładnie. Na zgrupowaniu byliśmy w trójkę z Górnika – ja, Łukasz Skorupski i Aro. Pierwsze, co zrobił po naszym powrocie, to zadbał o to, żebyśmy nie mieli sody. Mówił, że kadra to już historia, że dla nas najważniejszy będzie mecz z Koroną Kielce, który mieliśmy rozegrać za kilka dni. Trenerowi Nawałce trzeba oddać, że w Zabrzu stworzył bardzo mocną drużynę nie mając w szatni gwiazd. Wykreował nowych zawodników – Paweł Olkowski, Krzysztof Mączyński czy Arek Milik to dzisiaj reprezentanci Polski. Pamiętam jak dziś, gdy trenerowi dostawało się z trybun za to, że stawia na Arka.

Wy, piłkarze Górnika, jeszcze zanim Milik udowodnił w lidze, że warto na niego stawiać, widzieliście w nim podobny potencjał, jak trener Nawałka?

Od samego początku widać było, że będzie z niego kawał piłkarza. Mimo młodego wieku był silny, miał duże umiejętności techniczne, dobrze ułożoną nogę. W treningu wyglądał świetnie. Pamiętam jak dzisiaj mecz, w którym zdobył dwa gole i jego kariera ruszyła z kopyta. To było w Kielcach, zagrał chyba tylko dlatego, że Michał Zieliński był wypożyczony z Korony i zapisy w kontrakcie nie pozwalały na jego wystawienie. Aro wykorzystał swoją szansę perfekt. Ale z Arkiem były też śmieszne historie. Chcesz?

No jasne!

Jeszcze za czasów Adama Nawałki mieliśmy dość intensywny trening, później trener wysłał nas na odnowę. Gdy już było po wszystkim, zbieraliśmy się do wyjścia do domu. Arek razem z nami, był już ubrany w cywilne ciuchy, dżinsy, zegarek miał już też na łapie. Ale gdy zobaczył, że korytarzem idzie trener Nawałka, zaczął się przy wszystkich rozciągać – w tych cywilnych ciuchach – chyba, żeby pokazać trenerowi, jak ciężko pracuje!

I co, Nawałka pochwalił swoje cudowne dziecko?

Śmiał się z niego razem z całą szatnią! O Boże, jak sobie to przypomnę, to od razu chce mi się śmiać.

Arek, Paweł Olkowski, Michał Pazdan, Krzysiek Mączyński – to wszystko twoi kumple, z którymi grałeś, dzisiaj członkowie narodowej kadry. Dlaczego ciebie w niej nie ma?

Absolutnie nie chcę zrzucać winy na kontuzję, ale przecież taka – w momencie, gdy szło mi bardzo dobrze – się przytrafiła. We wrześniu 2013 roku zerwałem więzadła krzyżowe, pół roku pauzowałem, później musiałem się odbudowywać. Trenera Nawałki też już z nami nie było, wiele się pozmieniało.

Popełniłeś po drodze jakiś błąd? Może trzeba było wyjechać za granicę zamiast składać podpis pod nowym kontraktem z Górnikiem. Oferty przecież miałeś.

Miałem, nawet kilka, ale cieszę się, że podpisałem kontrakt z Górnikiem. Propozycje były i z Polski, i z zagranicy, ale nie na tyle atrakcyjne, żeby zostawiać Zabrze. To jest mój klub, moje miejsce, więc jeśli miałbym gdzieś iść, to na dobrych warunkach.

Myślisz o zagranicznym transferze?

Teraz to myślę o tym, żeby się utrzymać w lidze. Przecież nie jestem idiotą, wiem, jak gra Górnik i jak gram sam. Nie jest to forma, która była kiedyś, więc o czym tu w ogóle gadać.

Przez funkcję, jaką sprawujesz w Górniku, czujesz się bardziej odpowiedzialny za zespół i za to, co się z wami dzieje?

Oczywiście. Tym bardziej że gdzie nie pójdę, ludzie się mnie pytają o wyniki, o to, dlaczego jest tak słabo. Wymagają ode mnie, żebym wstrząsnął zespołem. I ja to robię, ale to wszystko nie działa w taki sposób, że wystarczy wejść do szatni, uderzyć pięścią w stół i nagle drużyna zaczyna lepiej grać. Zresztą jak po każdym meczu wchodziłbym do szatni i krzyczał na kolegów, to momentalnie dostałbym odpowiedź: Ty, sam może zacznij lepiej grać. Przed każdym meczem mobilizujemy się, duch tej drużyny jest widoczny, tylko wyników nie ma.

Dlaczego? O co chodzi?

Gdyby my to wiedzieli, to by my tak nie grali.

Fizycznie jesteście dobrze przygotowani?

Ja czuję się dobrze fizycznie, a jak czują się inni – zapytaj ich.

A atmosfera w szatni?

Jest bardzo dobra.

Serio? Wiesz, co się mówi. Że w szatni powstały dwie grupy, kielecka i zabrzańska. Że jest konflikt.

Absurd. Nie ma żadnych grupek. Właśnie to jest to, czego nie lubię – gdy nie idzie drużynie na boisku, szuka się powodów słabej gry w miejscach, gdzie ich nie ma. Wszystko weryfikuje boisko, kto się zna na piłce, ten widzi, jak gramy i potrafi jakieś wnioski wyciągnąć.

Podczas meczu z Lechem Poznań kibice dosłownie rozsmarowali byłego już trenera Górnika, Leszka Ojrzyńskiego. Siedziałeś wtedy na trybunach obok mnie. Co czułeś?

Takie jest już życie ludzi, którzy pracują w piłce, trzeba się do tego przyzwyczaić, że kibice są bardzo wymagający. Przecież z nami, piłkarzami, też jadą równo, jak gramy źle i przegrywamy. I takie jest ich prawo. Przecież płacą za bilety, więc mogą wymagać dobrego meczu. To tak samo, jak idziesz do kina i po filmie możesz powiedzieć, czy ci się podobał, czy nie. Ta sytuacja we mnie uderza, jest mi po prostu wstyd. Myślisz, że jest mi łatwo? Myślisz, że to po mnie spływa? Człowiek wraca po treningu do domu i głupio mu wyjść do sklepu, bo wie, że zaraz zostanie rozpoznany i będzie musiał odpowiadać na pytania: Co się do jasnej cholery dzieje z Górnikiem? A najgorsze jest to, że nie wiem, co w takich sytuacjach odpowiadać. Mam nadzieję, że teraz, już z nowym trenerem, weźmiemy się w garść i w końcu zaczniemy wygrywać.

Zadeklarujesz, że w przypadku spadku zostaniesz w Górniku i będziesz z nim walczył o powrót do ekstraklasy?

Nawet nie biorę pod uwagę takiej ewentualności, jak spadek. Natomiast jeśli, odpukać, doszłoby do tego, nie wiadomo, jakie oczekiwania miałby klub. Przecież działacze mogliby się rozstać z niektórymi piłkarzami. Może uznaliby, że nie spełniłem oczekiwań i mnie też by pożegnali? Ale myślę, że gdyby doszło do spadku, zostałbym w Zabrzu, żeby odzyskać ekstraklasę dla Górnika. 

WYWIAD UKAZAŁ SIĘ TAKŻE W NAJNOWSZYM NUMERZE TYGODNIKA "PIŁKA NOŻNA"