PP z Niemiec: Dlaczego Bayern i Borussia to jednak wciąż dwa różne światy

– Jesteśmy mocni i skoncentrowani na celu. Chcemy wygrać Ligę Mistrzów – mówił tuż po meczu Bayern Monachium – Manchester City Karl-Heinz Rummenigge. Juergen Klopp, dla kontrastu, 24 godziny wcześniej: – Mam przeczucie, że może uda mi się zebrać na następny mecz 11 zawodników. Ale czy więcej, to już nie wiem.

 

Wojciech Szczęsny w wyjątkowo dobitny sposób przekonał się o ogromnym potencjale ofensywnym Borussii Dortmund. W miniony wtorek wybronił Arsenalowi pięć groźnych sytuacji, ale i tak po dwóch kolejnych musiał wyciągać piłkę z siatki. Na zdjęciu moment zdobycia bramki na 2:0. (fot. Łukasz Skwiot)

To jednak nie mocny i skoncentrowany na celu Bayern zachwycił w pierwszej kolejce fazy grupowej Ligi Mistrzów. To kolejny raz rozczłonkowana przez kontuzje Borussia Dortmund pozostawiła po sobie fantastyczne wrażenie. Choć to na pozór takie same, zwycięskie światy, w rzeczywistości różnią się od siebie. I to znacznie.

Pepoliglota

Właśnie choćby zachowaniem najwyższych, klubowych władz. Nieczęsto zdarza się, żeby przedstawiciele BVB wychodzili do dziennikarzy i opowiadali im po meczu o swoich przemyśleniach. W Bayernie normą stało się natomiast, że Rummenigge obowiązkowo musi stanąć przed kamerami, zaczepić rywali, wynieść pod niebiosa swoich. W FC Hollywood show ma przecież ogromne znacznie.

Podczas domowych meczów Borussii nie zdarza się także, żeby choć na sekundę ustał doping najbardziej zagorzałych fanów BVB, tych zajmujących miejsce na tzw. Żółtej Ścianie, czyli słynnej trybunie za bramką. Właśnie z tego znany jest stadion Borussii – niezwykle głośny doping prowadzony jest tutaj nieustannie. Na Allianz Arena zdarza się natomiast, że w trakcie meczu zapada cisza pozwalająca słyszeć przelatującą muchę. To jeden z dowodów na to, że Borussię i Bayern wciąż dzieli wiele, choćby pod względem mentalności kibiców. Klub z Dortmundu sprawia wrażenie małej, solidnej, rodzinnej firmy. Bayern to korporacja nastawiona na zysk poprzez sukces, to klub gigant, który przyzwyczaił swoich fanów do kolejnych wygranych. Czuć to na każdym kroku. Fani są tutaj skrajnie wymagający, gdy Bawarczykom nie idzie, można spodziewać się bądź gwizdów, bądź wciskającej w fotel, milczącej dezaprobaty. Podczas środowego meczu z Manchesterem City takich momentów było kilka.

O jak ogromnym klubie ze światowego topu mówimy, niech świadczy fakt, że 12 godzin po zakończeniu wspomnianego spotkania, przy boisku na Saebener Strasse, gdzie znajduje się ośrodek treningowy mistrza Niemiec, zgromadziło się około tysiąca kibiców, aby podziwiać delikatny rozruch gwiazd. I co warte zaznaczenia, wielu fanów znalazło się na treningu Bayernu w efekcie celowej wycieczki ze swojego odległego kraju. Spotkaliśmy tutaj kibiców z Węgier, Japonii, Turcji, Hiszpanii czy Kamerunu. Który z zawodników musiał odpowiedzieć na największą ilość próśb o autograf? Najbardziej odganiać się od fanów musieli Arjen Robben, Robert Lewandowski oraz… Pep Guardiola.

Zresztą Guardiola w Monachium szanowany jest nie tylko przez swoją pracę z zespołem, nie tylko przez zaangażowanie w prowadzenie zajęć (Hiszpan często sam uczestniczy w gierkach, pokazuje, jak mają się ustawiać jego piłkarze), ale również za uczciwe podejście do kibiców i dziennikarzy. Hiszpan za punkt honoru wziął sobie porozumiewanie się z Niemcami w ich języku, dlatego właśnie zanim przejął stery po Juppie Heynckesie, tak intensywnie uczył się niemieckiego. Od tamtego momentu do dzisiaj nic się nie zmieniło – podczas konferencji prasowych niemieccy dziennikarze pytania zadają Guardioli po niemiecku, a ten stara się im odpowiadać w ten sam sposób. Hiszpanowi często brakuje słów, wówczas o pomoc prosi zasiadającego zawsze tuż obok szefa pionu medialnego Bayernu, Markusa Hoerwicka. Podczas konferencji po meczu z Manchesterem City Guardiola odpowiadał na pytania w trzech językach – po niemiecku, hiszpańsku i angielsku.



Kapryśny Kagawa, skwaszony Oezil

Z roku na rok Borussia stara się jednak gonić swojego odwiecznego rywala, efekty tego wyścigu widać choćby w zainteresowaniu mediów klubem z Zagłębia Ruhry. W Dortmundzie zjawiło się w miniony wtorek o wiele więcej wysłanników z Japonii i krajów azjatyckich (czyli około 70 dziennikarzy, operatorów, fotoreporterów), niż ma to miejsce zazwyczaj. Powód był prosty – ewentualnie pierwszy mecz w nowych-starych barwach w Lidze Mistrzów Japończyka Shinjiego Kagawy. Japończycy dostali wyraźne polecenie, żeby z byłym już piłkarzem Manchesteru United porozmawiać choć przez chwilę, nie na darmo przecież mieli gnać przez pół świata. Okazało się jednak, że do Tokio wracać musieli z niczym, bo Kagawa z racji tego, że nie zagrał w tym spotkaniu ani minuty, z uśmiechem na ustach odmówił im komentarza i życzył spokojnej drogi do domu. Później można było usłyszeć, że takie zachowanie Japończyka nie wzięło się znikąd – Kagawa jest na reporterów z Japonii obrażony za to, w jaki sposób opisywali i omawiali jego sytuację w Manchesterze United.

Bardzo podobnie zachował się zresztą Mesut Oezil, który przeciwko Borussii zagrał bardzo słabo. Proszony o wytłumaczenie swojej słabszej postawy Niemiec tureckiego pochodzenia nawet nie spojrzał na proszących o to reporterów – bardzo spokojnym krokiem z szyderczym uśmieszkiem pod nosem przemaszerował obok, czym tylko dodatkowo ich zdenerwował. Chwilę później wysłannicy brytyjskich gazet tworzyli już swoje teksty, w których Oezilowi dostało się okrutnie. – Zaginiona, stercząca na peryferiach dziesiątka, która nie potrafi kreować gry – to jedno z delikatniejszych określeń, jakie można było wyczytać jeszcze we wtorkowy, późny wieczór znad ramienia dziennikarza „Daily Mail”. – Być może powinien wrócić na środek? Oczywiście środek ławki rezerwowych – kontynuował wzburzony zachowaniem Niemca reporter.

– Borussii należą się wielkie słowa uznania, gospodarze byli po prostu lepsi, przegraliśmy zasłużenie. Nałożyli na nas taki pressing, że nie byliśmy w stanie wyprowadzić akcji – tłumaczył „PN” po meczu Wojciech Szczęsny. – Teraz musimy wziąć się w garść, zapomnieć o tym, co się stało, i wygrać w lidze – dodał.
Mecz odbył się tego samego dnia, w którym Eugen Polanski ostatecznie zrezygnował z gry w narodowej kadrze. – Nie mam do tego głowy, nie chcę się wypowiadać na ten temat, sam mam wystarczająco dużo swoich problemów – rzucił tylko Szczęsny.

– Moja maszyna do pressingu zadziałała dzisiaj bardzo dobrze. Czy jestem zadowolony? Bardzo! Ale również zmartwiony, bo nie wiem, czy uda mi się zebrać odpowiednio mocną drużynę na mecz ligowy – mówił Juergen Klopp. We wtorek nie mógł skorzystać przecież z Reusa, Hummelsa, Guendogana, Sahina, Kagawy, Błaszczykowskiego, Kircha oraz Ji. Jak widać, BVB nieustannie walczy z tymi samymi kłopotami, ale Juergen Klopp wciąż potrafi sobie z nimi doskonale radzić.

Z Dortmundu i Monachium,
Paweł Kapusta

Artykuł opublikowano także w tygodniku "Piłka Nożna"