Sędzia Szymon Marciniak jakiego nie znacie. Do elity w rytmie Roxette

Po awansie do grupy sędziów UEFA Elite wjechał na autostradę prowadzącą do największych turniejów i najważniejszych meczów piłkarskich świata. Poznajcie Szymona Marciniaka, człowieka z którego Pierluigi Collina chce zrobić swojego godnego następcę.

Szymon Marciniak poprowadzi mecz na Euro 2016? (foto: G.Wajda)


Polski ślad w Juventusie: Zagubione Ł - KLIKNIJ!

- Jeśli miałbym porównać Szymona do jakiegokolwiek polskiego sędziego z przeszłości, wskazałbym na Alojzego Jarguza. Tyle że trudno zestawiać ze sobą tak odległe czasy - mówi Zbigniew Przesmycki, szef Kolegium Sędziów PZPN. - Na razie jeszcze niczego nie osiągnąłem. Jasne, sam awans do elity jest czymś świetnym, doceniam to i szanuję, ale do osiągnięć pana Jarguza jest mi bardzo daleko - ze skromnością odnosi się do komplementu szefa Marciniak.

CO TO ZA CYRK?

Mało kto zdaje sobie sprawę, że kariera sędziowska Marciniaka mogła się zakończyć, zanim się na dobre rozpoczęła. 12 lat temu, tuż po zdaniu egzaminu, Marciniak wyznaczony został do sędziowania na linii meczu w malutkim Łukomiu. A-klasową konfrontację poprowadzić miał wraz z najbardziej doświadczonymi arbitrami z okręgu płockiego. Główny gwizdał wówczas w rozgrywkach trzecioligowych, asystent był natomiast na granicy sprawnego poruszania się wzdłuż linii i zasłużonej emerytury.

- Debiutu nie zapomnę do końca życia. Nie miałem żadnego doświadczenia, więc byłem bardzo ciekawy zachowania drugiego asystenta, chciałem zobaczyć, jak reaguje na konkretne sytuacje na boisku - wspomina Marciniak. - Po kilku minutach usłyszałem ogromny aplauz, nie wiedziałem co się dzieje, bo byłem skupiony na meczu. Wówczas zwróciłem uwagę na miejsce, w którym powinien stać asystent. Chorągiewka leżała na ziemi, podszedł do niej kibic i zaczął sędziować. Arbiter zniknął natomiast z pola widzenia. Jeszcze większy aplauz nastąpił w chwili, gdy sędzia wybiegł z otaczającego boisko lasu. Mocno go przycisnęło, a zanim poszedł za potrzebą, poprosił jednego z kibiców o pomoc we wskazywaniu spalonych. Byłem w takim szoku, że do końca meczu nie wiedziałem, co o tym myśleć. Zastanawiałem się, czy w ogóle nadaję się do tego cyrku.

Marciniak nadawał się jednak do niego jak mało kto. Kolejne awanse na coraz wyższe szczeble następowały w tempie błyskawicznym, od samego początku było widać, że ma naturalną zdolność czytania gry i oceny boiskowych sytuacji, dzięki czemu jest materiałem na solidnego arbitra. - Od zawsze było jasne, że chłopak ma duży talent. Miał i ma coś, co sędziowie najwyższej klasy muszą mieć, czyli znajomość przepisów i umiejętność stosowania ich w praktyce, ale także właściwie użyty zdrowy rozsądek. Sędzia, który jest tylko sztywnym wykonawcą tego, co jest zapisane w przepisach, nigdy nie będzie arbitrem wysokiej klasy - mówi Przesmycki.

Bardzo pomagał mu fakt, że sam grał w piłkę na niezłym poziomie. - Nigdy nikt nie ganiał mnie po okolicznych polach, nie używał wyzwisk, bo kibice i zawodnicy znali mnie jako piłkarza z występów w wyższych ligach i cieszyli się, że w końcu pojawiła się świeża krew w sędziowskim świecie - mówi o początkach z gwizdkiem Marciniak. Dobry kontakt z zawodnikami został mu zresztą do dzisiaj. - W sezonie 2011-12 Górnik Zabrze grał u siebie z GKS Bełchatów, asystowałem wtedy Szymonowi na linii - mówi Jakub Wójcik, sędzia asystent z poziomu ekstraklasy. - Zwycięską bramkę zdobył wtedy Adam Marciniak. Gdy stadion skandował jego nazwisko, a my schodziliśmy już do szatni, zawodnik podbiegł do nas i palnął: - Widzisz, właśnie załatwiłem ci owację na stojąco! Szymon od zawsze świetnie rozumiał się z piłkarzami, bo sam nim był. Zawodnicy wiedzą poza tym, że był całkiem niezły, dzięki czemu czuje grę, a oni bardziej mu ufają - dodaje Wójcik, którego Marciniak dobrał wówczas do swojego zespołu, bo bardzo poważnej kontuzji doznał jego dotychczasowy asystent.

Najtrudniejszy czas w życiu Marciniaka to moment, w którym sędziowanie i pracę zawodową w ośmiogodzinnym trybie godził z karierą zawodniczą. Był jednocześnie zawodnikiem Kujawiaka Włocławek, arbitrem oraz pracownikiem prywatnej firmy, w której odpowiadał za system jakości oraz kontakty z zagranicą. Ówczesny pracodawca Dariusz Kluge, który dzisiaj jest zresztą szefem płockiego OZPN, zwalniał go po sześciu godzinach pracy w biurze, aby mógł kontynuować przygodę z piłką. Marciniak gonił wtedy na autobus, który w kierunku Włocławka odjeżdżał chwilę po godzinie 13, aby stawić się tam o 16 na treningu. Po zajęciach szybki prysznic i kolejna gonitwa, tym razem na autobus powrotny. W domu po całym dniu ciężkiej pracy zjawiał się po godzinie 20. W takim kołowrotku funkcjonował przez trzy lata.

- Granie w piłkę dawało mi z jednej strony pieniądze, ale z drugiej przygotowywało mnie fizycznie do zawodu sędziego. Natłok obowiązków najgorzej znosiła rodzina, bo w zasadzie się nie widywaliśmy. Zawodowstwo to było coś, co spadło mi z nieba - przyznaje. - Jako sędzia zawodowy mam czas na regenerację, masaż, odnowę biologiczną, trening, ale także, a raczej przede wszystkim, na rodzinę. Kiedyś tego czasu zawsze mi brakowało, zajęć było tyle, że człowiek nie wyrabiał. A wspomniane kwestie regeneracyjne były wtedy dla nas, czyli dla całej grupy dzisiejszych sędziów zawodowych, czymś odległym. Nie tylko przez czas. Po prostu nie było nas na to stać.

CZŁOWIEK BEZ NERWÓW

Jaki jest Marciniak? Nikt, może poza małżonką, nie wie tego lepiej, niż jego asystenci. Tych przez 12 lat pracowało z nim co najmniej kilku, ale od dłuższego czasu najbardziej zaufanymi ludźmi Marciniaka są pochodzący z Płocka i pracujący z nim od początku przygody z Ekstraklasą Paweł Sokolnicki oraz warszawianin Tomasz Listkiewicz, w zespole od pięciu lat. - Pierwszy mecz wspólnie sędziowaliśmy na przełomie 2009 i 2010 roku. Od tego momentu zaliczyliśmy ponad 100 wspólnych spotkań w Ekstraklasie, do tego dziesiątki kursów, turniejów i zawodów na arenie międzynarodowej - mówi „PN" Listkiewicz. - Coś więc o tym człowieku wiem. Szymon zachowuje się tak, jakby nie miał w ogóle systemu nerwowego. I dotyczy to zarówno meczów w ekstraklasie, jak i tych na wyższym poziomie za granicą.

W drodze na jedno ze spotkań ekstraklasy cały zespół sędziowski spotkał się pod Częstochową, panowie umówili się na podróż dwoma osobnymi autami, a od Częstochowy - jednym. Po przejechaniu 20 kilometrów w wybranym samochodzie pojawił się problem z hamulcami. Zawrotka do Częstochowy i przesiadka do drugiego auta była nieunikniona. Z kolei w tym wymienionym po przejechaniu 30 kilometrów zepsuł się amortyzator, a więc niezbędny okazał się kolejny powrót na parking w Częstochowie. - Czasu do meczu było coraz mniej, ale Szymon nawet przez moment nie pokazał nerwów. Gdy pojawiał się problem, tylko na moment podnosił nos znad książki. Dopiero gdy drugi raz zmienialiśmy samochód oderwał się od lektury i spokojnym głosem powiedział: - Nie chciałbym być w waszej skórze, jeśli spóźnimy się na odprawę.

Ale luz Marciniaka potrafi zaskoczyć nawet jego asystentów. - Jadąc na mecz do Gliwic nakazał zatrzymać się przy jednym z tanich salonów fryzjerskich. Wszedł, usiadł na fotel, fryzjerka obcięła mu włosy, zapłacił osiem złotych i dopiero po tym pojechaliśmy na stadion - wspomina Listkiewicz.

- Listek za zdradzanie takich tajemnic na następne mecze będzie chyba jeździł innym środkiem transportu - śmieje się Marciniak. - Wróciliśmy z zagranicy, czasu było mało, jechaliśmy do Gliwic, a że przy stadionie Piasta jest kilka zakładów fryzjerskich, postanowiłem skorzystać. Koncentracja pojawia się na niedługo przed pierwszym gwizdkiem, przecież nie do pomyślenia byłoby, żeby 48 godzin przed początkiem spotkania żyć tylko zawodami. Takim podejściem człowiek zrobiłby sobie wielką krzywdę.

- Zawsze staram się zachowywać zimną głowę, niezależnie od tego, czy chodzi o mecz, czy życie codzienne. Krzyki w sytuacjach, jak choćby ta z psującymi się autami, nie pomagają. Człowiek w stresie działa nieskutecznie, zresztą to samo dotyczy sędziowania. Na szczęście sama presja czasu zmobilizowała chłopaków na tyle, że się sprężyli i udało się dojechać. Mimo że kilka razy mieliśmy już pecha z autami, jeszcze nigdy nikt nie napisał, że Marciniak nie dojechał albo spóźnił się na mecz. To kwestia planowania - dodaje Marciniak. - Przed każdym meczem robimy analizę. Wiemy, jak zespoły będą grać, jak będą wykonywać stałe fragmenty, więc jesteśmy zawsze bardzo dobrze przygotowani. Nie ma więc się co denerwować przed zawodami. Zupełna koncentracja pojawia się dopiero trzy minuty od wyjścia na boisko, wówczas zawsze mam dwie minuty dla siebie. Proszę chłopaków o chwilę spokoju, koncentrację, zajęcie się tylko spotkaniem. Przed debiutem w Champions League słyszeliśmy muzykę w szatniach Juventusu i Malmoe, ale u nas i tak była chyba najgłośniejsza!

Piłkarze Juventusu musieli się trochę zdziwić, gdy zamiast mocnych brzmień usłyszeli Roxette: - Za muzykę odpowiedzialny jest Tomek Listkiewicz! On ma akurat różne gusta, a o gustach się nie dyskutuje. Na pewno nie mogę narzekać, bo to on wozi głośniki, cały sprzęt grający i on go obsługuje. Paweł Sokolnicki lubi chilloutową muzykę, więc jest przez nas trochę dyskryminowany i musi używać do słuchania swoich słuchawek - mówi Marciniak.

Dobór muzyki nie jest przypadkowy. Zespół Marciniaka ma specjalnie skomponowaną playlistę, utwory nie są zbyt energetyczne, aby przed meczem za bardzo się nie pobudzać. - Szymon nie jest impulsywny, ale charakter ma twardy. Więc aby go za bardzo nie nakręcić, muzykę mamy spokojniejszą. W szatni pojawiają się więc utwory z lat 80, Modern Talking, New Order czy Roxette - tłumaczy Listkiewicz.

Choć Marciniak to człowiek pogodny, spokojny i przyjazny, w pracy jest stanowczy, czasem potrafi warknąć. To typ lidera, który bardzo dużo wymaga od siebie, przez co bardzo dużo wymaga także od innych. - Akceptujemy to, bo to sprawiedliwy układ. Inaczej by było, gdyby wymagał tylko od asystentów. Tworzymy zwarty zespół, doskonale zdajemy sobie sprawę, że rozwój postępuje równolegle. Dlatego właśnie każdy z nas może przekazać uwagi i nikt się za to nie obraża.

Czy Marciniak ma w ogóle jakieś minusy, negatywne cechy? - Jeśli miałbym wskazać minus Szymona, musiałbym powiedzieć jednocześnie o jego największym atucie, czyli pewności siebie i perfekcjonizmie. A to w niektórych sytuacjach potrafi być słabością, bo czasem Szymon nie potrafi się ugryźć w język - mówi Listkiewicz. - Szczególnie mam tu na myśli dyskusje z kimś stojącym wyżej w hierarchii od nas, czyli na przykład obserwatorem. Czasem warto po prostu przytaknąć takiej osobie albo nie powinno się jej mówić niektórych rzeczy, a jego mocny charakter powoduje, że mówi coś, co takim ludziom może się nie podobać. Czasem lepiej odpuścić, niż za wszelką cenę bronić własnego zdania.

AUTOSTRADA DO EURO

Zresztą wielka pewność siebie, samozaparcie, skupienie na celu widać nie tylko w kontaktach międzyludzkich, ale także w pracy, jaką Marciniak wykonuje każdego dnia. Grzegorz Krzosek, były lekkoatleta współpracujący dzisiaj z UEFA i przygotowujący (pod względem motoryki) najlepszych sędziów piłkarskich w Europie uważa, że Marciniak to tytan pracy. - Jest z pokolenia sędziów, które zaczęło na poważnie traktować kwestie przygotowania fizycznego. Jest przeambitny, robi dużo siły i sprawności, wykonuje o wiele większą pracę, niż zakładają treningowe plany. Dzięki temu mogę bez cienia wątpliwości powiedzieć, że pod względem formy motorycznej Szymon jest w ścisłej czołówce grupy UEFA Elite - opowiada Krzosek. - Pozostajemy w kontakcie telefonicznym. Gdy zbliżają się testy, raz na tydzień Szymon dostaje porcję ćwiczeń. W zależności od tego, co się dzieje w trakcie sezonu, kontakt z nim jest bardziej lub mniej intensywny.

- UEFA docenia naszą ciężką pracę, a nawet pojawiają się pełne troski obawy czy nie pracujemy za dużo i za ciężko. Czasem po prostu potrzebny jest wypoczynek, ale dla mnie najlepszy wypoczynek to lekka siłownia, zabawa w ringu, bo lubię sobie poboksować - przyznaje arbiter.

Również Pierluigi Collina dostrzegł w Marciniaku duży talent. Do tego stopnia, że w niektórych kręgach mówi się, że polski arbiter to ulubieniec włoskiej legendy. Zapewne wpływa na to interpretacja pewnych faktów. Przecież, podczas niedawnych młodzieżowych mistrzostw Europy, to właśnie Marciniak dostał możliwość sędziowania nie tylko meczu otwarcia, ale także wielkiego finału turnieju. Taka sytuacja nie zdarza się często, a Pierluigi Collina to przecież Chief Refereeing Officer UEFA.

- Po meczu Szwecja - Portugalia było bardzo sympatycznie. Myślę, że nie popełnię faux-pas jeżeli zdradzę, że Pierluigi Collina gratulując Szymonowi objął go, poklepał po plecach - mówi Listkiewicz. - Ale czy jest ulubieńcem Colliny? Nie nazwałbym tak tego. Collina to prawdziwy profesjonalista i wszystkich najwyższej klasy sędziów godnie reprezentujących UEFA można by nazwać jego ulubieńcami.

- Hm, Tomek zdradza tajemnice szatni? No tak, ale nieważne jak to było, ważne, że nie zawiedliśmy zaufania UEFA. Nic dziwnego, że Pierluigi Collina był zadowolony z naszego występu w finale młodzieżowego Euro - uważa Marciniak. - Tym bardziej że mecz nie należał do łatwych, kilka decyzji wymagało maksymalnej koncentracji. Ale to akurat zasługa nie tylko Marciniaka, a całego zespołu.

Polski arbiter ma zapewnione fantastyczne warunki rozwoju, na wyciągnięcie ręki ma największe autorytety w sędziowskim świecie. Oprócz wspomnianego Colliny Marciniak współpracuje choćby z Frankiem De Bleeckere, który jest z ramienia UEFA jego coachem, w przyjacielskich stosunkach pozostaje także z Howardem Webbem: - To wielka sprawa, aby móc czerpać wzorce, z tak uznanych w świecie sędziowskim postaci - mówi. - To rzeczywiście jest fajne, że w tak młodym wieku, bo mając 34 lata, mogę być już wśród 29 najlepszych sędziów w Europie i prowadzić najlepsze mecze. Rzeczywiście, znalazłem się na autostradzie do Euro, mistrzostw świata czy najważniejszych spotkań Ligi Mistrzów, ale z drugiej strony nie chcę za bardzo pompować balonu.

- Jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz. Do osiągnięć pana Jarguza jest mi bardzo daleko. Przecież on, jako sędzia, był dwa razy na mistrzostwach świata, dwa razy na mistrzostwach Europy. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że w tamtych czasach piłka była inna, a sędziowie nie musieli być aż tak dobrze przygotowani fizycznie, ale byli to wybitni sędziowie. Dzisiaj my piszemy swoją historię. My, czyli nie tylko ja i mój zespół, ale ogólnie młoda, ciężko pracująca, generacja polskich sędziów, coraz bardziej doceniana w Europie. Cieszę się, że mogę wyznaczać trend, ale czuję też, jak wszyscy depczą mi po piętach. Oczywiście łatwo się nie dam.

Paweł KAPUSTA

 

Tekst ukazał się w Tygodniku "Piłka Nożna"