Reportaż PN: Przy teleksie Półtorak, czy można prosić Zosię?

Opowieść o Zofii Klim, kapitan reprezentacji Polski kobiet w pierwszym, oficjalnym meczu pozwala przypomnieć, o czym wszyscy powoli zapominamy. Pokazuje, co znaczy prawdziwa piłka. To więcej, niż pieniądze i blichtr.

REPREZENTACJA POLSKI KOBIET TUŻ PRZED ROZPOCZĘCIEM PIERWSZEGO, OFICJALNEGO MECZU W CZERWCU 1981 ROKU. ZOFIA KLIM - KAPITAN ZESPOŁU - STOI RZECZ JASNA OBOK SĘDZIEGO ASYSTENTA.

Siedzimy w jej gabinecie. Stół, biurko, szafa - nic ponad normę. Na ścianie bilety z meczów, które widziała na żywo. Sporo tego - Euro 2012, kwalifikacje mundialu 2002 i 2006, siatkarska Liga Światowa w katowickim Spodku z datą zaczynającą się od 19. Gabinet zajmuje od 2001 roku, została wtedy dyrektorem Domu Kultury w Nowogrodzie Bobrzańskim, miasteczku położonym 25 kilometrów na zachód od Zielonej Góry. Zapada cisza, jedynie przez ściany i strop przedzierają się dźwięki strojącej instrumenty do wesela na sali bankietowej, miejscowej kapeli. - Gdy ja teraz patrzę na to wszystko z dystansu kilkudziesięciu lat, próbuję, ale nie potrafię zrozumieć, jakim cudem do dziś jestem zdrowa. Warunki były tragiczne, woda pod prysznicem prawie zawsze zimna, w pociągach spędziłam pół życia. Piątek, świątek, zima, lato... Ale niczego nie żałuję. Niczego! Piłka była przygodą mojego życia.

PELE W SPÓDNICY

To była środa, (a może czwartek?), ale na pewno w sierpniu 1975 roku. 19-letnia Zosia wertuje wydanie „Expressu Wieczornego". W gazecie znajduje ogłoszenie, przez które zapala się i gaśnie: Varsovia organizuje nabór do kobiecej sekcji piłkarskiej. No i dylemat: jechać czy nie jechać? Ryzykować? Przecież to ponad 400 kilometrów, na dodatek tak wielkie miasto... Wprawdzie na treningach miejscowej, męskiej drużyny B-klasowej kręci kumplami bezlitośnie, ale czy to wystarczy w prawdziwej, kobiecej ekipie? Odbywa się błyskawiczna narada, dyskutują wychowujący ją bracia: Józek, Leszek i Zbyszek. Zapada decyzja: jedź, próbuj. A ty Leszku jedź z nią.

Spakowali walizkę, wsiedli do pociągu i pojechali w nieznane. Kilka dni później w „Expressie Wieczornym", dokładnie 21 sierpnia 1975 roku, ukazuje się artykuł. Cytat: - Do zespołu zgłosiła się między innymi Zofia Klim z prośbą o sprawdzenie jej możliwości. Okazało się, że gra jak Pele, strzela z obu nóg, znakomicie drybluje. Jednym słowem trener z miejsca zakwalifikował ją do drużyny reprezentacyjnej.

Tak zaczęła się kariera jednej z najlepszych piłkarek w historii polskiej piłki kobiecej. Kobiety, która wyprzedziła swoje czasy.

Teleks od Ireny Półtorak, kierowniczki Czarnych Sosnowiec i reprezentacji Polski do Zofii Klim. Środa 6 maja 1981 rok, pisownia oryginalna:
Przy teleksie Poltorak, czy mozna prosic Zosie Klim?
Zosia Klim przy teleksie co chcialas?
Czy masz juz gotowa ta ankiete?
Tak mam gotowa
wyslalam do Warszawy
Wyslalam dzisiaj moze bedzie w poniedzialek w Warszawie
Wyjazd do Wloch 26 czerwca
Zosiu koncze bo musze isc do swojej pracy

Kobiecej ligi jeszcze nie ma, Varsovia gra mecze pokazowe i turnieje. Klim trenuje więc jak dotychczas z kumplami w Krzystkowicach (Nowogród Bobrzański powstanie z połączenia Krzystkowic oraz Nowogrodu dopiero w 1988 roku), a na mecze dojeżdża 450 kilometrów. - Do pociągu wsiadałam o godzinie 21, o szóstej nad ranem byłam w stolicy. Później mecz, na dworzec i powrotny pociąg. Pamiętam jak dziś, odjeżdżał tego samego dnia o 22. W domu byłam kolejnego dnia nad ranem - mówi.

Warszawa uczy piłki, ale również życia. Na początku, jeszcze w 1975 roku Zosia jedzie do stolicy sama. Rano czuje głód, więc idzie do baru mlecznego niedaleko Rotundy, dziś już nieistniejącego. Nakłada sporo - bigos, dwa kotlety, ziemniaki - siła w meczu musi być, a podróż za nią ciężka. Przy kasie zaskoczenie - okazuje się, że cena była za każdy z elementów obiadu osobno, a nie łącznie, jak myślała. Wydaje wszystkie pieniądze, do następnego dnia nie ma nic w ustach. Najważniejsze, że w meczu była najlepsza, ale dziś już nie pamięta, czy coś strzeliła. Bardzo możliwe, że strzeliła, bo strzelała prawie zawsze.

Wieść o niej - znakomitej piłkarce - niesie się po Warszawie jak błyskawica. Gdy do Polski przyjeżdża reprezentacja Berlina, Klim dostaje powołanie do reprezentacji stolicy. Gra na stadionie X-lecia, wypełnionym niemal po brzegi. Polki przegrywają, ale ona na boisku jest jedną z najlepszych zawodniczek. Nagroda to uścisk dłoni i pogawędka z Kazimierzem Górskim, wówczas - po mundialu w 1974 roku - uważanym w Polsce za piłkarskiego boga. Niedługo później rozwiązują kobiecą Varsovię, ale Warszawa zawodniczki z Krzystkowic wypuścić za żadne skarby nie chce. Ówczesny trener Okęcia namawia ją do przejścia. To skok, bo klub dysponuje hotelem, nie trzeba przyjeżdżać nocnym pociągiem w dniu meczu, można chwilę odpocząć przed występem.

Na piłce nie zarabia oczywiście ani grosza. Zmęczenie wynikające z długich podróży połączonych z meczami oraz zwykłą pracą zawodową w Krzystkowicach bywa ścinające z nóg. W 1976 roku pracuje już w ogromnej fabryce domów (betonowych elementów wielkopłytowych) Fadom, w robocie wiedzą o jej pasji, ale nikt na rękę nie idzie, bo nie dotyczy to drużyny przyzakładowej. Pewnego dnia po swojej zmianie Zosia wsiada do pociągu, jedzie do Warszawy, rozgrywa mecz w barwach Okęcia, a później wykorzystuje okazję - idzie na mecz Polska - Portugalia (1:1, gol Kazimierza Deyny), po czym wraca do hotelu i prosi o przydzielenie jej do pokoju osoby, aby ta mogła ją obudzić na pociąg do domu. Dostaje kobietę lecącą rano do Nowego Jorku. Biedaczka próbuje Zosię budzić, ale sobie nie radzi, więc bierze walizkę pod pachę i jedzie na lotnisko, a piłkarkę - niemal skrajnie wyczerpaną - obsługa hotelowa cuci przez kolejne pół godziny. Na pociąg do Zielonej Góry ledwo udaje się zdążyć.

W 1978 roku drogi Klim i Okęcia się rozchodzą.

Teleks od Ireny Półtorak do Zofii Klim. Środa 13 maja 1981 rok, pisownia oryginalna:
czy mozna prosic do teleksu zosie klim
prosi poltorak sosonowiec

pani irenko o ktorej gramy mecz w niedziele
w niedziele gramy o 11 ale w piatek o godzinie 17 spotkanie z wladzami miasta sosnowca
bylam w poniedzialek w warszawie i przy mnie przyszedl twoj list wiec szybko dotarlo
czy bedziesz mogla juz w niedziele
przepraszam w piatek przyjechac
podaje ci wyniki z ostatniej niedzieli
wroclaw jaworzy 2 2
telpod krakow ziemia tryniecka 6 0
czarni lajkonik 17 0

przyjade w niedziele rano wczesniej nie moge ze wzg na imieniny
mozemy ci raz u nas imieniny wyprawic bedziesz miala z glowy gosci miejscowych
dziekuje b za dobre checi ale niestety nie moge z tego skorzystac
do widzenia do zobaczenia w niedziele.

Bez piłki długo nie wytrzymuje, za namową znajomego w 1979 roku jedzie na testy do Czarnych Sosnowiec. Zespół ma grać sparing na Dolnym Śląsku, Zosia stawia się w szatni i dostaje szansę. Piłkarki śmieją się z jej butów, nabijają z tenisówek, w których wychodzi na boisko. Po kilku minutach śmiechy ustają. Klim zamyka wszystkim usta trzema pierwszymi zagraniami. Trener dołącza ją do drużyny.

GŁOWĘ POD KRAN

Sytuacja z Warszawy się powtarza, ale już z większą częstotliwością, bo startuje kobieca liga i meczów jest więcej. Klim mieszka w Krzystkowicach, pracuje w fabryce domów w Nowogrodzie, a raz na kilka bądź kilkanaście dni rusza w Polskę na ligowy mecz. Przygód i opowieści jest wiele, niektóre ujawnia dopiero teraz, nigdy wcześniej o nich nie opowiadała.

To czasy, które trudno sobie wyobrazić, żyjąc w 2016 roku. Najstraszniejsze dla kobiet są warunki w szatniach. Brudne, odrapane, człowiek brzydzi się stanąć nogą na posadzce. - Gdy po raz pierwszy weszłam do szatni Czarnych Sosnowiec, odrzucił mnie smród zgnilizny, spróchniałych desek i wilgoci - wspomina. - Pamiętam taki mecz: finał Pucharu Polski w Przemyślu. Jechałam tam dwa dni, zdążyłam przeczytać cztery książki i wszystkie gazety. Po przyjeździe niemal od razu wybiegłam na murawę, wygrałyśmy bodaj 12:0. Po meczu trzeba się było myć na podwórku przy boisku, jak dziś pamiętam temperaturę zimnej wody, którą myłam sobie głowę pod kranem.

Zdarzało się, że jeździło się na obóz specjalną salonką podczepianą do normalnego składu, co było bardzo komfortowe, ale przestawało, gdy okazywało się, że przez całe dwa tygodnie obozu przygotowawczego trzeba było spać w tym wagonie. Bez prysznica, bez normalnych warunków. Kąpać chodziło się na dworzec albo nad jezioro, było ciasno...

Teleks z OZPN Sosnowiec do Zofii Klim. Wtorek 23 czerwca 1981 rok, pisownia oryginalna:
prosimy o mozliwe odwrotne przekazanie telexu pani klim zofia
wyjazd druzyny - reprezentacji polski do wloch pod znakiem zapytania - prosze czekac jutro na ostateczna odpowiedz w sprawie wyjazdu lub porozumiec sie telexem jw. z nizej podpisanym ozpn podokreg sosnowiec
borowiecki zdzislaw

Teleks od Ireny Półtorak do Zofii Klim. Wtorek 23 czerwca 1981 rok, pisownia oryginalna:
czy mozna pania klim prosic do telexu
jestem przy teleksie
sprawa wyjazdu do wloch jest w rekach prezesa pzpn ktory dzisiaj ma wydac ostateczna decyzje. o tej decyzji powiadomimy jutro.
bede czekac na wiadomosc dziekuje do widzenia

Czas spędzony w Czarnych jest dla Zofii okresem pełnym sukcesów. Od 1979 do 1987 roku sześciokrotnie zostaje mistrzynią Polski na otwartych boiskach, dokłada do tego trzy tytuły mistrzowskie w hali oraz dwa w Pucharze Polski. Gdziekolwiek się nie zjawi, tam zostaje najlepszą piłkarką, półki w domowej gablocie zaczynają uginać się od ciężaru pucharów. W plebiscycie na najlepszego sportowca Sosnowca wyprzedza nawet Wojciecha Rudego, reprezentanta Polski. W najlepszym roku - 1985 - piłkarki Czarnych zdobywają wszystkie trzy tytuły i w nagrodę jadą na wycieczkę do Rumunii. - To były właśnie nasze profity - możliwość wyjazdu. Pieniędzy nie dostawałyśmy, więc chociaż tyle miałyśmy od życia. Podczas wycieczki do Rumunii trener wypatrzył komplet dresów, zaproponował, że każda z dziewczyn kupi po komplecie, a po powrocie klub odda nam pieniądze i naszyjemy na nich klubowe loga. Tak się stało - wspomina.

Na turnieje jeździ do Wiednia, Berlina, Budapesztu. Podczas jednego z wyjazdów ma okazję nocować w fabryce czekolady. Do dziś pamięta jej smak i uczucie odrzucenia, gdy patrzyła na słodycz na drugi dzień.

I to właśnie na ten okres przypada wydarzenie, którego 35-lecie obchodzimy w tym roku. W 1981 roku do Polskiego Związku Piłki Nożnej nadchodzi zaproszenie od włoskiej federacji piłkarskiej dla polskiej, kobiecej kadry narodowej. To spore zaskoczenie dla władz polskiej piłki, bo przy PZPN... nie funkcjonuje reprezentacja płci pięknej. Wyjazd stoi pod znakiem zapytania, nie tylko dlatego, że reprezentację trzeba sformować od podstaw, ale także dlatego, że logistycznie trzeba wyjazd zorganizować. Zapewne nic by z tego nie wyszło, gdyby nie Irena Półtorak, kierowniczka Czarnych, która wychodziła ostatecznie pozwolenie u najwyższych władz. W tekście zamieszczamy teleksy, jakie zmarła przed rokiem działaczka i legenda polskiej piłki kobiecej wymieniała z Zofią Klim niedługo przed wylotem. Ostateczna odpowiedź przyszła do Klim niespełna 24 godziny przed planowaną zbiórką na Dworcu Centralnym w Warszawie.

Teleks od Ireny Półtorak do Zofii Klim. Środa 24 czerwca 1981 rok, pisownia oryginalna:
czy mozna pania klim prosic do teleksu
zosiu bardzo pilna sprawa jutro badz w warszawie na dworcu centralnym wyjazd w ostatniej chwili aktualny
zbiorka w czwartek jutro o godzinie 20 tej
ja juz rano bede w pzpn czekamy
ja teleksuje z urzedu miejskiego
irena poltorak

Kadra w drogę do Włoch wyrusza 26 czerwca z warszawskiego lotniska. Najpierw udaje się do Rzymu. - W samolocie siedziały praktycznie same zakonnice i księża lecący do Watykanu. No i my - piłkarki kobiecej kadry - wspomina Klim. W Rzymie jest kilka godzin oczekiwania na samolot do Katanii, gdzie ma się odbyć mecz. - Jeśli mam być szczera, z tamtego spotkania nie pamiętam wiele. Wiem, że byłam kapitanem, że w pierwszych minutach meczu miałyśmy ogromną przewagę, ale nie udało się strzelić gola. Później - zmęczone podróżą i gigantycznym upałem - opadłyśmy z sił, a Włoszki zrobiły swoje. Mecz zakończył się wynikiem 3:0.

Wynik ma w tym przypadku znaczenie drugo- bądź nawet trzeciorzędne. Fakt zaproszenia polskiej kobiecej kadry oraz rozegrania oficjalnego meczu spowodował, że w strukturach Polskiego Związku Piłki Nożnej kobieca reprezentacja zaistniała na dobre, a nie jak dotychczas - jako efemeryda traktowana po macoszemu.

POWAŻNY URAZ, REHABILITACJA NA STOPA

W środowisku kobiecej piłki jest prawdziwą gwiazdą. Choć na Śląsku jest rozpoznawalną postacią, idolką, w rodzinnych stronach o jej sukcesach poza rodziną nie wie jednak wiele osób. Bywa w telewizji w Katowicach, w rozgłośni w Sosnowcu. W połowie lat 80 powstaje telewizyjny materiał z nią w roli głównej, pierwotnie emitowany w regionalnej TVP, ale później wypuszczony także w ogólnopolskiej „Dwójce". Reportaż dociera dzięki temu do Krzystkowic, miasteczko huczy o nim przez kolejne dwa lata.
Co dalej? Kolejne mistrzostwa Polski, wyróżnienia, sukcesy, ale także ciężka kontuzja.

Po powrocie z Włoch, w 1981 roku jedzie na mecz z Pafawagiem we Wrocławiu. Koleżanka Lidka rzuca aut, Klim nieszczęśliwie staje na piłkę, po czym pada na murawę z przerażającym bólem kolana. Akcja dzieje się przy wyniku 5:1 dla Czarnych, chwilę później sędzia odgwizduje koniec spotkania. Lekarza - brak, więc trzeba iść na pociąg, spędzić trzy godziny w drodze do Zielonej Góry, a później kolejną w drodze do Krzystkowic. Noga boli nieprawdopodobnie, zawodniczka kuleje, nie może trenować z czwartoligowym już wtedy, męskim Fadomem, wkraczającym w lata świetności. Mecze, odnowa biologiczna, sauna, masażyści, cotygodniowe wizyty u lekarza - to wtedy norma w tym zespole. Ówczesny trener mówi więc: - Jedź z nami do doktora Piwońskiego, dalej tak nie można.

Jedzie i patrzy, jak lekarz ściąga jej z kolana dwie nerki krwi i wody. Noga w gips, kilka tygodni leczenia, rehabilitacja. A Krzystkowice to mała mieścina, więc na zajęcia z fizjoterapeutą trzeba jeździć do oddalonego o ponad 30 kilometrów Drzonkowa. - Codziennie zwalniałam się z pracy, wychodziłam na drogę wylotową na Zieloną Górę i łapałam stopa. Trwało to kilka tygodni, ale nie udało mi się wrócić do stuprocentowego zdrowia, więc poprosiłam Irenę Półtorak o załatwienie operacji.

Na zabieg jedzie w grudniu 1981 roku do Piekar Śląskich. Operacja łękotki to w tym czasie zabieg, po którym sportowcy wychodzą ze szpitala ze sztywną nogą, Zosia boi się, że może to dla niej oznaczać koniec przygody z piłką. Okazuje się, że leczenie będzie eksperymentalne. Piłkarkę operują w miejscu, gdzie na nogi stawiani są reprezentanci Polski w różnych dyscyplinach, a za skalpel chwyta lekarz hokejowej kadry, doktor Widuchowski. Po miesiącu wychodzi ze szpitala. Od tego czasu zdobywa jeszcze kilka tytułów mistrzowskich, ale problem z kolanem co jakiś czas powraca. Karierę kończy w 1988 roku jako piłkarka Sokoła Drzonków. Później przez niedługi czas prowadzi seniorskie zespoły męskie w Nowogrodzie Bobrzańskim oraz szkoli młodzież. Rzuca to jednak, gdy dochodzi do wniosku, że kosztuje to ją zbyt wiele nerwów. Od sportu jednak się nie odwraca, gdyby mogła, byłaby na każdym piłkarskim meczu w okolicy, więc jeśli będziesz kiedyś przejeżdżał w okolicy Nowogrodu Bobrzańskiego i zobaczysz kobietę na rowerze zmierzającą w weekend w stronę boiska, na którym rozgrywany jest mecz B- bądź A-klasy, możesz być pewny, że to właśnie ona.

W trakcie wtorkowego meczu Polska - Mołdawia w eliminacjach kobiecego Euro PZPN uhonorował uczestniczki meczu z Włochami z 1981 roku. Na stadionie obecna była również Zosia, w drogę do Włocławka ruszyła jak 41 lat temu - z bratem Leszkiem. Taka forma uznania należała się jej jak nikomu innemu.

Paweł Kapusta

Tekst pochodzi z tygodnika "Piłka Nożna" 38/2016