Tu grają dzieci, czyli spalę ci dom, przestrzelę kolana, ty kur**!

- Czy możesz mi powiedzieć, coś ty mały cwelu odpierd****? - pytanie trenera wparowującego do sędziowskiej szatni jest żołniersko proste. - Wiesz, że ja jestem poje**** i zaraz ci tak wpier****, że nie wyjdziesz - pada kolejna, obrzydliwa wiązka. Szkoleniowiec ma ligową przeszłość, ale rozsądku - jak widać - za grosz. Arbitra rozjeżdża jak walec, nie ma dla niego najmniejszego znaczenia, że psychicznie maltretuje 22-letniego chłopaka, niedługo po sędziowskim kursie, który przed sekundą zakończył mecz w... lidze juniorów.

To niestety smutna rzeczywistość nie tylko najniższych, seniorskich klas rozgrywkowych, ale również (a w ostatnim czasie - co jest wybitnie zatrważające - przede wszystkim) meczów z udziałem dzieci i młodzieży. Opublikowanie w minioną niedzielę w sieci sprawozdania sędziowskiego, w którym 17-letni arbiter z Wydziału Sędziowskiego Warszawa cytuje słowa, które miały być wypowiedziane pod jego adresem przez byłego piłkarza, a aktualnie trenera Marcina Mięciela po meczu 12-latków, było jak wybuch atomowej bomby powodujący radioaktywny opad. Ośmieleni przykładem kolegi sędziowie w swoim gronie zaczęli przedstawiać własne sprawozdania meczowe z dziecięcych lig. Ich lektura sprawia, że człowiek może się poczuć brudny.

Poniższe historie wydarzyły się naprawdę, miały miejsce w ostatnich miesiącach. W sprawozdaniach oraz późniejszych komentarzach pomijamy imiona i nazwiska oraz nazwy klubów (te pozostają do wiadomości redakcji). Chłopcy chcą pozostać anonimowi, bo jak od nich słyszymy - nie potrzebują rozgłosu przy tak zawstydzających historiach. A poniższy tekst powstał nie po to, aby epatować tanią sensacją. Powstał, aby odpowiednie władze w końcu przejrzały na oczy i dostrzegły olbrzymi, narastający od kilku lat problem.

METALOWYM PRZEDMIOTEM W TWARZ

Maj 2016 roku, jedna z ostatnich kolejek ligowych sezonu w rozgrywkach na terenie Warszawy. Słońce, dzieciaki chcące rozegrać w spokoju piłkarski mecz, młody, 18-letni sędzia, który kilka tygodni wcześniej zaliczył egzamin teoretyczny i uzyskał pozwolenie na prowadzenie meczów w dziecięcych ligach - wszystko na miejscu.

Sędziowskie sprawozdanie z tego meczu wyglądało następująco (pisownia oryginalna, nazwiska i nazwy klubów do wiadomości redakcji):

Trener zespołu XXX w pierwszej połowie zachowywał się normalnie. W drugiej połowie starał się wymuszać na mnie decyzje krzycząc: „panie sędzio, co oni robią, gdzie są minuty za to?". Gdy doliczyłem czas w wysokości 1 min w drugiej połowie, trener gospodarzy wykrzykiwał do mnie słowa: „W szatni się policzymy. Na kurs się lepiej zapisz". Gdy mecz dobiegł końca, w szatni podczas opisywania protokołu przeze mnie trener odzywał się w stosunku do mnie wulgaryzmami, gdy poprosiłem go o podpis w protokole, wyrwał mi sprawozdanie i nie chciał go zwrócić. Po pewnej chwili trener podnosząc metalowe przedmioty w mojej szatni i obracając się UDERZYŁ mnie w twarz metalowym przedmiotem. Trener oddał mi protokół i wyszedł z szatni, po chwili wrócił i znów mi go zabrał po czym wyszedł z szatni. Gdy poszedłem za nim, zaciągnął mnie do szatni, zamknął drzwi i dotykając mojej twarzy swoim czołem starał się mnie przestraszyć i wykrzykiwał słowa: „Widzimy się jutro w związku", po czym wyszedł z szatni nie oddając protokołu. Podpisano XXX

Młody sędzia, dajmy mu na imię Jacek, przyznaje, że nie był to pierwszy raz, gdy zdarzyła mu się na zawodach z udziałem małych dzieci taka historia. - Podobną sytuację miałem w swoim drugim meczu od zakończenia kursu, kiedy obrażali mnie rodzice. Po spotkaniu trener i sześć innych osób wtargnęło do mojej szatni i straszyło mnie, że stamtąd nie wyjadę. W tamtym momencie byłem zbyt przestraszony, żeby to opisać w sprawozdaniu. Nie odpuściłem dopiero za drugim razem.

Jacek po pewnym czasie chciał się dowiedzieć, jaką karę za skandaliczne zachowanie poniósł agresywny trener. - Około miesiąc po zdarzeniu udałem się do MZPN, aby otrzymać informację, jaki był werdykt Wydziału Dyscypliny w sprawie - jakby na to nie patrzeć - mnie dotyczącej. Zostałem jednak poinformowany, że problem nie stanął nawet na WD. Uznałem, że nie mam już sobie co zawracać tym głowy.

Sędzia ma rację, rzeczywiście otrzymujemy informację, że wydarzenia wspominane powyżej nie były w ogóle dyskutowane na Wydziale Dyscypliny. Powód: WD nie dysponował sprawozdaniem sędziego (swoją drogą trudno, żeby dysponował, skoro sprawozdanie zostało zabrane przez agresywnego trenera), a Wydział Sędziowski nie skierował sprawy do rozpatrzenia przed WD. Czyli w dużym skrócie: trener pobił sędziego, zabrał mu meczowe sprawozdanie i nie poniósł żadnych konsekwencji.

Próbuję uzyskać wypowiedź członka Wydziału Dyscypliny, ale odbijam się od ściany. Otrzymuję informację, że wspomniana osoba nie autoryzuje mi wypowiedzi, bo dostała zakaz wypowiadania się w mediach. Wypowiadać się może tylko rzecznik prasowy MZPN.

- To jest bardzo dziwnie działające gremium. Nie potrafię pojąć, na jakich zasadach funkcjonuje bądź dotychczas funkcjonowało. W przeszłości WD potrafił puszczać płazem trenerom i zawodnikom przewiny ocierające się o różne kodeksy, a jednocześnie wlepiało sędziom finansowe kary za pomijanie mało znaczących detali w papierowych sprawozdaniach - mówi nam inny sędzia z WS Warszawa, chcący pozostać anonimowy.

KIM JESTEŚ, LAMUSIE, ŻEBY MNIE WYGANIAĆ?!

Inny mecz, odrobinę starszego rocznika - według uefowskiej nomenklatury B2 - czyli U-16. Wszystko przebiega bez zakłóceń do momentu, gdy w szatni po ostatnim gwizdku pojawia się opiekun drużyny gospodarzy, na co dzień świetnie znany w środowisku polskiej piłki nożnej, bo mający za sobą występy w największych, polskich klubach. Dobrze znany także Wydziałowi Dyscypliny, bo wieść o jego „popisach" w strefie technicznej w trakcie meczów na różnych szczeblach rozgrywek wojewódzkich nie raz niosła się przez stolicę.

Sędziowskie sprawozdanie z tego meczu wyglądało następująco (pisownia oryginalna, nazwiska i nazwy klubów do wiadomości redakcji):

Po meczu trener drużyny XXXX Pan XXXX (nr licencji XXXX) wbiegł do szatni sędziowskiej, gdzie zaczął mnie lżyć, obrażać mnie, a w dalszej fazie grozić mi cyt: „czy możesz mi powiedzieć, coś ty mały cwelu odpierd****? Nie ma cię już śmieciu, jesteś pozamiatany, jutro jadę do związku i cię oszkaluję. Ja tam wszystkich znam i zobaczysz frajerze, już nic nie posędziujesz". Na prośbę o opuszczenie pomieszczenia reaguje słowami: „kim ty jesteś lamusie, żeby mnie wyganiać? Wiesz, że ja jestem poje**** i zaraz ci tak wpier****, że nie wyjdziesz". W dalszej części krzyczy: „twoje dane będą znali wszyscy, ty gnoju jeb***, mam 43 lata, XXX (pada nazwa klubu - przyp.red.) to ja, a ty i twoi koledzy złodzieje co tydzień mnie okradacie".

Czy trener poniósł konsekwencje? Wydawać by się mogło, że innego wyjścia być nie mogło. - Miałem być zaproszony na posiedzenie WD, ale nic takiego nie miało miejsca. Swoimi kanałami dowiedziałem się później, że sprawa została odwołana pod pretekstem choroby członka rodziny trenera, który trafił do szpitala. Po takiej informacji odpuściłem sobie, uznałem, że nie ma sensu się szarpać. Niedługo później ten sam trener groził mi sądem - wspomina młody, 22-letni arbiter, oczywiście anonimowo, do wiadomości redakcji. Jest jednak przekonany, że w kolejnych tygodniach zasiadał na ławce rezerwowych swojej drużyny.

Sprawy miały się inaczej, ale tylko odrobinę. Wydział Dyscypliny przeprowadził postępowanie - bez wzywania arbitra - i wlepił trenerowi karę pieniężną w wysokości 500 złotych. Co jednak ważne - kara została zawieszona na pół roku. Czyli w gruncie rzeczy - trener nie tylko stosował wobec arbitra obelżywy język, ale także groźby karalne, a konsekwencji swoich karygodnych czynów praktycznie nie odczuł.

Inny mecz, tym razem U-12, ale podobne tło. Zawody prowadzi 17-letni młodzieniec, który kurs sędziowski ukończył - i to dosłownie - kilkanaście dni wcześniej. To jego drugi mecz z gwizdkiem w ręku.

Po meczu jest zmuszony napisać takie sprawozdanie (pisownia oryginalna):

W 55 minucie spotkania, po jak twierdzi drużyna gości XXX bramce, która nie powinna zostać uznana, trener drużyny gości wszedł na boisko i zaczął mi grozić, że poda mnie do związku oraz że nie nadaję się do sędziowania meczów. Po meczu również jeden z pracowników klubu XXX szarpał mnie za ramię w pobliżu zejścia do szatni grożąc, że za mój w jego mniemaniu błąd mi - tu cytat - „przypier****".

- Po tym zdarzeniu nie byłem w ogóle wezwany do związku, nie było żadnej kontynuacji i nie mam pojęcia, czy opisanie tego zachowania cokolwiek dało - zdradza nam chłopak. - Nie twierdzę że byłem nieomylny, ale wiedziałem, że jak zrezygnuję już po drugim meczu, to sam odniosę większą porażkę. Dużo dała mi rozmowa z trenerem drużyny przeciwnej, który zamienił ze mną kilka słów, dzięki temu zrobiło mi się lepiej.

W tym przypadku agresywny trener otrzymał karę w wysokości 100 złotych. Dodatkowo gospodarze otrzymali od związku pismo ostrzegawcze, przypominające, co może grozić za niedopełnienie m.in. obowiązku zapewnienia bezpieczeństwa uczestnikom zawodów.

Dotychczas absolwenci sędziowskiego kursu pozostawiani byli w gruncie rzeczy samym sobie, ostatni adepci zostali natomiast przypisani do podgrup, w których mają do dyspozycji pomoc mentorów - starszych kolegów, którzy w trudnych sytuacjach mają udzielać im pomocy. Samo założenie jest słuszne, ale często nie zdaje egzaminu. Sędzia na początku swojej drogi na mecze jeździ w pojedynkę, nawet na takie, w których gra się na pełnowymiarowych boiskach i w normalnej sytuacji na liniach powinien mieć do dyspozycji asystentów.

- Tutaj wszystko, czyli krytyka trenerów o niezauważone spalone, pretensje rodziców o domniemane faule na ich pociechach plus wszystkie wydarzenia boiskowe spada na chłopaka, który często ma jeszcze problem z poprawnym poruszaniem się po boisku. Nic dziwnego, że na ponad 100 absolwentów zakończonego w marcu kursu, w październiku na boiska wychodziła niecała połowa. Reszta zrezygnowała, bo nie chciało jej się słuchać obelg pod swoim adresem. Niech każdy się jednak zastanowi: czy złapanie spalonego na pełnowymiarowym boisku nie mając do pomocy asystenta, jest łatwe. Sam często słyszałem wtedy od trenerów: „ruszaj się trochę na tym boisku", ale proszę mi wierzyć - łapanie spalonych bez pomocy asystenta to jak próba kanałowego leczenia zęba bez pomocy dentysty - mówi jeden z absolwentów kursu 2016. On też nie chce zdradzać nazwiska, bo jak uważa - wychylanie się może mu tylko zaszkodzić, a on chce robić szybkie awanse i uciekać z najniższych lig, które są jak pole minowe. Dla jasności - obligatoryjna asysta zaczyna się dopiero od A-klasy seniorów.

„W OBAWIE O SWOJE ŻYCIE ZADZWONIŁEM PO POLICJĘ"

Inny mecz, tym razem w jednej z podwarszawskich miejscowości. Można odnieść wrażenie, że jest się na planie filmu sensacyjnego, a nie tuż po piłkarskim meczu z udziałem dzieci.

Sędziowskie sprawozdanie z tego meczu wyglądało następująco (pisownia oryginalna):

Po zakończonym meczu Pan XXXXX ( Prezes klubu XXXX), przyszedł rozliczyć delegację sędziowską - w trakcie swojej obecności w szatni jak i poza nią zachowywał się w sposób wybitnie obelżywy i agresywny w stosunku do sędziego głównego. Swój monolog rozpoczął słowami: „Dawaj kur** gnoju szybciej tę delegację", zaraz po rozliczeniu gdy został On poproszony o opuszczenie szatni sędziowskiej, XXX użył groźby w stosunku do sędziego głównego mówiąc „ Jeszcze się kur** doigrasz zobaczysz!". Po przebraniu się oraz uzupełnieniu dokumentacji pomeczowej, gdy wyszedłem na parking (około 20 minut po incydencie w szatni) kierując się do samochodu, zauważyłem Pana XXX. W momencie gdy zostałem przez niego dostrzeżony energicznie ruszył on w moim kierunku wykrzykując niezliczoną ilość wulgarnych epitetów w moją stronę... Wśród nich można było usłyszeć również groźby takie jak: „Przestrzele ci kolana Ty kur**" , „Spalę ci dom". W obawie o swoje zdrowie/życie o godzinie 19:30 postanowiłem wezwać Policję. Fakt ten wystraszył Pana XXX, który uciekł z miejsca zdarzenia. Policja spisała odpowiedni raport dotyczący tej sprawy.

MARCIN MIĘCIEL - CZY SPRAWA JEST TAK OCZYWISTA?

Opublikowane zdjęcie sędziowskiego sprawozdania, w którym 17-letni arbiter (absolwent ostatniego kursu sędziowskiego, zakończonego na wiosnę 2016) opisuje zachowanie byłego legionisty, a dziś trenera Marcina Mięciela o użycie wobec niego po meczu zespołów U-12 słów wulgarnych oraz opisuje karygodne zachowanie kibiców, wzbudziło burzliwą dyskusję. Na redakcyjną skrzynkę spłynęły listy oburzonych rodziców, odezwał się oburzony Marcin Mięciel, odezwali się oburzeni sędziowie. Nic dziwnego - sprawa jest oburzająca.

Aby było wiadomo, do czego się odnosimy: w minioną niedzielę odbywał się mecz dzieci w kategorii U-12 KS Raszyn - STF Champion, zakończony wynikiem 2:2. Sędzia w swoim sprawozdaniu napisał:

Z Mięcielem od tego momentu niżej podpisany rozmawiał dwa razy, trener dwukrotnie zarzekał się, że tak drastyczne słowa, jak wpisane przez sędziego do protokołu, nie padły. - Przyznaję, po meczu poszedłem do sędziowskiej szatni, żeby odebrać karty zdrowia moich podopiecznych. Powiedziałem wtedy arbitrowi, że jest amatorem, że z takim podejściem będzie pracował w supermarkecie i zobaczy, co to jest ciężka praca. Pewnie nie powinienem tego mówić, ale na pewno nie użyłem przy tym wulgarnego słownictwa - mówi. Trener ma pretensje do sędziego między innymi o to, że za mało biegał, decyzje podejmował ze środka boiska oraz nie przerywał gry, gdy jego podopieczni leżeli na murawie po ostrzejszych starciach z przeciwnikami. Dodaje, że nikt oprócz niego i sędziego wypowiadanych w szatni słów nie słyszał. - Przecież równie dobrze mógł tam napisać, że go pobiłem. Słowo przeciwko słowu... Ale oburzeni są rodzice moich podopiecznych, bo ich sędzia oskarżył o użycie wobec niego wulgarnych określeń, które nie padły! - mówi były piłkarz. Domaga się przy tym wyjaśnienia tej sprawy, napisania przez niżej podpisanego sprostowania i przeprosin. W przeciwnym razie - sąd.

Oto długie, w szczegółach przedstawiające stanowisko rodziców z STF Champion (drugi właśnie tak jest podpisany) maile od matki jednego z zawodników, oburzonych z powodu zachowania arbitra meczu z udziałem ich dzieci. Publikujemy je w całości pod poniższymi linkami - wystarczy kliknąć.

LINK 1 - KLIKNIJ!

LINK 2  - KLIKNIJ!

LINK 3 - KLIKNIJ!

LINK 4 - KLIKNIJ!

Jednym słowem - rodzice chłopców z STF Champion zarzucają arbitrowi bardzo słabą pracę na murawie, ale także kłamstwa na ich temat w meczowym sprawozdaniu.

Do redakcji dotarł wspomniany w listach zapis wideo. To fakt: nie słychać na nim tych konkretnych obelg ze strony rodziców, które w sprawozdaniu uwzględnił arbiter. Ale oto kilka innych faktów: materiał ma 56 minut, w tym samej gry zarejestrowane są 52 minuty - zapisu ośmiu minut meczu (w tej kategorii gra się 2x30 minut) w materiale nie ma. Wideo jest montowane, widać cięcia. Po drugie: kamera wyraźnie wyłapuje wypowiadane słowa osób siedzących tylko w jej najbliższym otoczeniu, wiele wypowiadanych kwestii jest niewyraźnych i nie sposób stwierdzić, jakie słowa padają. Po trzecie, najsmutniejsze: wulgarne okrzyki się niestety pojawiają: choćby w 19:20: „Ej! Spalony, co jest, no kur**, gościu dwa metry!". Widać także, jak Mięciel trzykrotnie wchodzi na murawę i kieruje wobec arbitra uwagi, za co powinien zostać pozbawiony przywileju przebywania w strefie technicznej oraz jak wchodzą na boisko rodzice.

SŁOWO PRZECIWKO SŁOWU

Nie sposób jednak wyjaśnić i sprostować sytuacji bez zweryfikowania, jak mecz i to, co wokół niego się działo, widzieli trenerzy i rodzice drużyny gospodarzy, KS Raszyn. Bez tego byłby to obraz niepełny. - Ja inwektyw pod adresem sędziego nie słyszałem, bo stałem z drugiej strony boiska, ale słyszeli je rodzice dzieci z mojej drużyny - mówi „PN" od razu i bez ogródek trener drużyny z Raszyna, Jacek Romańczuk.

- Czyli jednak coś takiego było? - upewniam się zaskoczony taką otwartością.

- Tak, jak najbardziej. Nie pamiętam, co dokładnie było mówione z trybun, ale mogę panu dać numer telefonu do rodziców, którzy dokładnie to słyszeli. Wiem także, że słyszała to również opieka medyczna - dodaje trener Romańczuk.

Udało się skontaktować z panią z opieki medycznej, ale pani nie chce się na ten temat wypowiadać. Mówi, że 20-letnie doświadczenie w medycznej obsłudze na meczach nakazuje jej wyłączać słuch w takich momentach. Ojciec jednego z zawodników gospodarzy, Artur Buta, ma inne podejście. Zapytany wprost: czy podczas niedzielnego meczu słyszał docierające z trybun inwektywy pod adresem sędziego, odpowiada:

- No tak, poleciało parę nieprzyjemnych słów. Nie obyło się, niestety.

O jakie inwektywy chodzi?

- Baranie poleciało na sto procent. Pedale - przypuszczam, że też takie słowa padały - mówi ojciec zawodnika z Raszyna, ale prosi o chwilę cierpliwości. Dzwoni w tym czasie do innego rodzica, który doskonale słyszał obelgi, bo stał trochę bliżej kibiców gości. Buta był bliżej bramki, bo jego syn to golkiper. Po chwili oddzwania i mówi:

- No więc... Padły takie słowa... Jest nawet rodzic, który jest w stanie wskazać rodzica, który to krzyczał - niski, czarny, krępy... - mówi ze szczegółami.

- O jakie konkretnie obelgi chodzi?

- Ze strony rodzica padły słowa: ty pedale, ty ślepy pedale. Na meczach dzieci nie powinno się coś takiego dziać. Rzeczywiście, sytuacja była nerwowa - z jednej i drugiej strony - natomiast nigdy się coś takiego nie zdarzało, żeby aż takie słowa leciały w stronę sędziego. Sędzia w trakcie meczu rzeczywiście popełnił kilka błędów, ale szczerze mówiąc - bardziej na naszą niekorzyść. Między innymi nie był odgwizdany ewidentny rzut karny, pierwsza bramka padła z ewidentnego spalonego... Każdy się jednak może pomylić. Jesteśmy ludźmi. Na meczach bywali sędziowie o wiele lepsi, ale bywali też o wiele gorsi. Nic w trakcie meczu się nie wydarzyło, żeby teraz gnoić tego sędziego aż do tego stopnia.

Rodzic dodaje: - Sytuacja była taka, że rodzice zachowywali się ogólnie mało profesjonalnie, bo wbiegali na boisko, pomimo tego że sędzia ich wypraszał - na boisku dział się harmider non stop. Gdy tylko ktoś się przewrócił, to rodzice wbiegali na murawę. Jeszcze lekarz nie został poproszony, a rodzice już stali przy dzieciakach. To samo się działo z trenerem. Wiem, że wchodził w kompetencje sędziego, arbiter parę razu musiał go wypraszać z boiska. W tym momencie posypały się nieprzyjemne słowa ze strony rodziców. Ogólnie - mało przyjemne...

Dzwonię dalej, tym razem do Mateusza Niklickiego, drugiego trenera drużyny z Raszyna, obecnego na meczu w drugiej połowie.

Pytam: - Czy pod adresem sędziego płynęły jakieś obraźliwe komentarze?

Odpowiedź pada bez zastanowienia: - Tak, płynęły. Ty baranie, ty ślepcu, coś takiego. Ale tak - ty baranie było na pewno.

Dopytujemy, żeby nie było żadnych wątpliwości: - Czyli na pewno słyszał pan ze strony rodziców „ty baranie" pod adresem sędziego?

- Tak, ze strony rodziców, tak - pada odpowiedź.
Pytamy też o to, czy sędzia rzeczywiście nie biegał, przeszedł obok meczu. - Nie... Wie pan, po pierwsze to boisko jest małe, więc nie ma co wariować i po nim biegać, bo to boisko jest skrócone. Ale wie pan, młody chłopak, to ruszał się po tym boisku. Ciężko powiedzieć, żeby on na nim stał - mówi Romańczuk.

W Mazowieckim Związku Piłki Nożnej otrzymaliśmy informację, że sprawa dotycząca wyżej opisywanych wydarzeń w trakcie meczu KS Raszyn - STF Champion będzie przedmiotem posiedzenia Wydziału Dyscypliny w dniu 20 października, czyli w najbliższy czwartek. Sprawie na pewno będziemy się bardzo dokładnie przyglądać i gdy tylko będzie znane rozstrzygnięcie przed WD, od razu o tym poinformujemy.

CO ZROBIĆ Z TYM FANTEM?

O komentarz poprosiliśmy Rafała Rostkowskiego, absolwenta kursu sędziowskiego organizowanego w sezonie 1987/88 roku i jedynego sędziego w Europie, który mecze UEFA sędziuje już od 1997 roku. - Ostatnie wydarzenia sprawiły, że sędziowie najniższych klas otworzyli się trochę i zaczęli dzielić tym, co ich spotyka na meczach drużyn dziecięcych. Wiedziałem, że dzieje się coraz gorzej, dlatego postulowałem i wciąż postuluję wprowadzenie pewnych rozwiązań, ale mówiąc szczerze, chyba nikt z nas nie zdawał sobie sprawy, że jest aż tak źle. Gdy zaczynałem sędziować, a było to jeszcze w latach 80, podobne incydenty były raczej rzadkością - mówi „Piłce Nożnej" Rostkowski. Sędzia również zapoznał się z przykładami barbarzyńskich zachowań, jakie spotykały młodych arbitrów, i w niektórych przypadkach nie potrafił ukryć oburzenia: - Przecież to kryminał!

Sędzia zwraca także uwagę na inną kwestię. - Nie chcę komentować poszczególnych spraw, ale podważanie raportów sędziowskich przez opisanych negatywnych bohaterów, a czasami przez ich znajomych, niestety zdarza się coraz częściej. To jest jakieś nieporozumienie, to próba wprowadzenia anarchii w piłce nożnej! Przecież gdy policjant wystawi mandat kierowcy, a ten go zwyzywa, napisany przez policjanta dokument jest absolutnie wystarczający, aby sprawą zajął się sąd. Ktoś tego policjanta zatrudnił, oddał w jego ręce pewne kompetencje - tak samo jest w przypadku sędziów. Skoro związki piłkarskie organizują kursy sędziowskie, prowadzą szkolenia i selekcję, a następnie wyznaczają sędziów do prowadzenia meczów powierzając im pewne kompetencje, to nie można mieć pretensji do sędziów, że starają się z zadania wywiązać. Sędziowie sprawdzają stan boiska, karty zdrowia, a także opisują wszystkie incydenty. Niezależnie od tego, kto jest ich uczestnikiem. Prawo jest takie samo dla wszystkich, a raport sędziego należy respektować. Jeśli zaś podważanie oficjalnych raportów staje się normą, złym zwyczajem, to znaczy, że system jest zły. Nic dziwnego, że tylu sędziów rezygnuje z futbolu - uważa Rostkowski.

Jak rozwiązać problem? - Bez dwóch zdań w Polsce potrzebna jest odpowiednia kampania uświadamiająca, wzorowana na angielskiej kampanii „Respect" lub na nowej kampanii „reFspect". Potrzebne są specjalne plakaty, tablice informacyjne przed obiektami, na których rozgrywane są mecze dzieci. Trzeba przypominać, że to są mecze dzieci, że to tylko gra i zabawa, że sędziowie są ludźmi, a stawką meczów nie są miliony i mistrzostwo świata. Ale to nie wystarczy. Według mnie powinny być wprowadzone nowe zapisy prawne - tak jak we Francji czy innych krajach - jeśli ktoś znieważy lub uderzy sędziego sportowego, jest traktowany tak, jakby pobił policjanta bądź sędziego sądu powszechnego - uważa arbiter. Wizja odpowiedzialności karnej dla potencjalnych sprawców przemocy z pewnością poprawi bezpieczeństwo sędziów.

Jedno jest pewne, piłkarskie - ale chyba nie tylko piłkarskie - władze muszą coś zrobić. W przeciwnym razie ktoś komuś kolano w końcu przestrzeli. Wszystko zmierza właśnie w tym kierunku.

Paweł Kapusta