Dogrywka z Dominikiem Furmanem: Koniec kopania w tyłek

Czy można rok przewegetować na ławce rezerwowych lub w drugiej drużynie we Francji, by chwilę później stać się jedynym z najlepszych zawodników polskiej Ekstraklasy? Dominik Furman udowadnia, że można.

Dominik Furman wrócił z piłkarskich zaświatów i ma się całkiem dobrze


PZPN nie poszedł Lechowi Poznań na rękę - KLIKNIJ!

Rozmawiał Paweł KAPUSTA

- Tęsknisz za Tuluzą?
- Zaczynasz z grubej rury - śmieje się Furman (na zdjęciu). - Nie tęsknię, to już za mną. Nie chcę do tego wracać, skupiam się tylko na dobrej grze w Legii.

- Z Polski wyjeżdżałeś jako gwiazda młodego pokolenia. Po przeprowadzce szybko dostałeś jednak obuchem w głowę, w zasadzie od razu zostałeś odpalony. Czułeś się tam jak w więzieniu?

- Nie zaaklimatyzowałem się odpowiednio we Francji. Zresztą uważam, że nie grając albo występując jedynie w rezerwach nikt by się dobrze nie zaaklimatyzował.

- Co jeszcze było problemem?
- Wiem jak się czuje zawodnik, który idzie za granicę i jest tam kompletnie sam. Piłkarze, którzy zmieniają kluby i wyprowadzają się do innych krajów, zawsze mają na miejscu chociaż jedną osobę, z którą mogą się spotkać, porozmawiać w ojczystym języku. Obojętnie czy jest to kolega z zespołu czy pracownik klubu. Ja takiej bratniej duszy nie miałem, to był dla mnie spory problem. Na treningach dawałem z siebie wszystko, robiłem co w mojej mocy, żeby przebić się do składu. Sztab szkoleniowy uznał, że to było za mało. Jasne, pretensje mogę mieć do trenerów, ale przede wszystkim do siebie.

- Może po prostu byłeś za słaby.

- Jestem innego zdania.

- Ale przecież po kilku miesiącach we Francji sam mówiłeś tak w jednym z wywiadów.

- Wtedy pojawiało się wiele opinii na mój temat, wszyscy wszystko wiedzieli najlepiej. Mówiłem tak, żeby mieć święty spokój.

- Pewnie i tak powiesz, że wyjazd do Francji nie był błędem.

- Decyzja o wyjeździe na Zachód nie była błędem. Oczywiście znajdą się osoby, które się ze mną nie zgodzą, ale mimo wszystko uważam, że nie był to dla mnie stracony czas. Wiele się tam nauczyłem, jestem mądrzejszy o ten trudny okres.

- Czego można się nauczyć siedząc na ławce rezerwowych lub na trybunach i przyglądając się z boku grze kolegów?

- Nauczyłem się bardzo ciężkiej pracy. Pamiętaj, że ja tam normalnie wykonywałem swoją robotę, trenowałem. To pewnie banalnie brzmi, bo każdy piłkarz powie, że ciężko pracuje na treningach. Nikt by ci nie powiedział, że przyjeżdża na trening i odlicza minuty do końca. Ale mi chodzi o naprawdę ciężką robotę, wykonywaną systematycznie i z głową. Mimo że we Francji nie grałem regularnie, zajęcia traktowałem bardzo serio.

- Jak to się dzieje, że piłkarz nie gra przez rok w piłkę na ligowym poziomie, po czym wraca do Polski i po pewnym czasie staje się jednym z najlepszych zawodników ekstraklasy?
- Tuż po przyjeździe do Francji było we mnie sporo entuzjazmu, choćby dlatego, że za chwilę miałem grać przeciwko PSG, Lyonowi czy Marsylii, trenowałem z myślą o tych rywalach. Gdy już wiedziałem, że szansy nie dostanę, przez pół roku, czyli od lipca do grudnia, mówiłem sobie: nie mogę popaść w marazm, żeby w kolejnym okienku transferowym przechodząc do innego klubu nie stać na straconej pozycji i być w dobrej formie. Bo żeby była jasność, w drugiej połowie 2014 roku było dla mnie oczywiste, że kolejną rundę spędzę w innym środowisku - gdzieś, gdzie będę miał okazję grać.

- Gdy pojawiła się opcja powrotu do Legii, decyzję podjąłeś w kilka minut?
- Może nie w kilka minut, ale zapadła bardzo szybko. Tak naprawdę rozmowy telefoniczne w tym temacie trwały jeden dzień. Zresztą nie było dla mnie innego wyjścia, musiałem zmienić swoją sytuację, nie mogłem sobie pozwolić na kolejne stracone miesiące. Owszem, miałem jeszcze inną propozycję, ale nie traktowałem jej poważnie. Wróciłem do Legii, bo wiedziałem, że to odpowiednie miejsce do odbudowania formy.

- Wracając do Warszawy podjąłeś wyzwanie. Gdybyś znów większość czasu przesiadywał na ławce rezerwowych, twoja sytuacja stałaby się tragiczna. Nie miałeś takiego lęku?

- Nie. Wiedziałem po prostu, na co mnie stać, wierzyłem w swoje możliwości i umiejętności. Mimo że przez rok praktycznie nie grałem, to i tak w tym czasie sporo się nauczyłem i właśnie dzięki temu mogłem być wartością dodaną dla drużyny. Wiedziałem, że jeśli będę dobrze wyglądał w treningach, trener na mnie postawi. Od razu po powrocie nie dostawałem wprawdzie szans, Ivica Vrdoljak i Tomasz Jodłowiec grali bardzo dobrze, ale później w końcu wskoczyłem do składu. Ostatnio zostałem w zespole praktycznie sam na tej pozycji, bo ani Tomek, ani Ivica nie mogli grać. Sytuacja zmienia się bardzo szybko...

- Przed wyjazdem z Polski do Tuluzy byłeś zagłaskiwany, po transferze karta się odwróciła, wszyscy zaczęli cię kopać w tyłek. Nie brakowało ci we Francji klepania po plecach?
- Zawsze miło jest usłyszeć, że dobrze grasz, rozwinąłeś się, zmężniałeś, ale uwierz mi, na pochwały nie zwracam uwagi, nie pompuję się nimi, nie grzeję się, gdy jeden czy drugi ekspert powie o mnie dobre słowo. Patrzę tylko na to, co prezentuję na boisku. Jestem tego typu zawodnikiem, że analizuję swoje zachowania i nie zwracam uwagi na to, co zrobiłem dobrze. Ważniejsze są dla mnie elementy, które muszę poprawić. A wiem, że jeszcze jest sporo do oszlifowania. Gdybym teraz, po kilku meczach tego sezonu uwierzył, że jestem zajebi..., byłby to bardzo głupi ruch.

- Ale nie powiesz, że nie sprawia ci satysfakcji patrzenie na osoby, które tuż po twoim powrocie z Francji mówiły i pisały, że Legii nie jesteś potrzebny. Takich ludzi było sporo.
- Owszem, czytałem ich opinie. Dlatego jest dla mnie bardzo budujące, że te same osoby mówią mi w twarz, że się myliły, że jestem ważnym elementem drużyny. To kolejny dowód na to, że nie można oceniać zawodnika po jednym czy dwóch pierwszych meczach. Trzeba dać mu odrobinę więcej czasu. Popatrz na Nikolicia.

- Po dwóch pierwszych meczach więcej było szydery z nim w roli głównej, niż pochwał.
- Więc sam widzisz jak to działa. Na początku, na przykład po meczu o Superpuchar Polski w Poznaniu wytykano mu, że nie potrafi się odnaleźć, spisano na straty, mówiono, że do Legii się nie nadaje. Minęło kilka tygodni i stał się Bogiem. Bo strzela jak maszyna, bo zapewnia Legii punkty. Dlatego lepiej zakończmy ten wątek, nie chcę rozmawiać o dziennikarzach.

- A o wypuszczonym z rąk tytule mistrzowskim? Podobno bardzo to przeżyłeś.

- No, bardzo, to prawda. I na dodatek tytuł zabrał nam wiadomo kto - drużyna, z którą od zawsze rywalizacja jest bardzo gorąca. Porażka i strata tytułu siedziały mi w głowie długo, wyparłem to jednak przed startem sezonu, teraz nie chcę już do tego wracać, bo czasu się nie cofnie, nie ma sensu się denerwować.

- Wspólnego, drużynowego zapijania smutków i wyrzucania sobie błędów nie było?
- Nie było, wszyscy byli na tyle wkurzeni, że każdy rozjechał się w swoją stronę. Pierwszy tydzień urlopu spędziłem w Warszawie, później na cztery dni pojechałem w góry - i to by było na tyle jeśli chodzi o odpoczynek, bo wracaliśmy już do treningów. Sam, mimo że wydarzenia z końcówki sezonu siedziały mi w głowie, też nie zapijałem smutków. Nigdy tak nie robię.

- Zdajesz sobie sprawę, że jeśli w tym roku sytuacja się powtórzy, kibice wam tego nie wybaczą?
- Droga do mistrzostwa jest tak daleka, że nie ma sensu myśleć teraz o tym, co będzie za ponad trzydzieści kolejek. Nie wybiegam w przyszłość aż tak daleko. Dla mnie najważniejsze jest, żeby pojechać na trening, wyjść na murawę, popracować z kolegami, a później realizować kolejne cele, czyli awansować do fazy grupowej europejskich pucharów i wygrywać w lidze. Na razie nie mamy powodów do zmartwień.

- Po wspomnianym meczu o Superpuchar spodziewałeś się, że start ligi w waszym wykonaniu będzie aż tak dobry?
- Szczerze? Nie spodziewałem się.

- Tempo od samego początku ligi narzuciliście rywalom bardzo wysokie.
- Już po pierwszym meczu ze Śląskiem powiedziałem chłopakom, że karta się odwróci i może to dobrze, że przegraliśmy z Lechem. I tak samo może to i dobrze, że w pierwszym meczu z Botosani wygraliśmy tylko 1:0. Bo gdyby udało nam się pokonać Poznań, a Botosani wrzucilibyśmy pięć goli, na starcie sezonu moglibyśmy być zbyt pewni siebie. Do pierwszych meczów w ekstraklasie musieliśmy podejść w pełni skoncentrowani i to dzięki temu zaczęliśmy z wysokiego C.

- Legia jest teraz mocniejszym zespołem, niż przed kilkoma miesiącami?
- Na takie pytania odpowiada się zawsze trudno. Pamiętam, że kiedyś kazano mi porównywać Legię Skorży z Legią Urbana, takie zadanie jest bardzo niewdzięczne...

- W porównaniu z poprzednim sezonem w końcu macie w składzie kilera z krwi i kości, na dodatek takiego, któremu ufa szkoleniowiec. Kibice w kilka tygodni zdążyli zapomnieć, że w Legii grał ktoś taki, jak Orlando Sa.
- Orlando bardzo szanowałem jako piłkarza, to był megadobry zawodnik, prezentował nieco inny styl niż Niko. Ale pamiętajmy o jednym: napastników rozlicza się z bramek. Nikolić statystyki ma niesamowite, to chyba najlepszy argument, że stratę po odejściu Orlando klub załatał szybko i co najważniejsze skutecznie.

- Jesteś teraz w najwyższej formie?
- Nie, mam nadzieję, że w kolejnych tygodniach będę grał jeszcze lepiej.

- W takim razie nie jest to dobra wiadomość dla Vrdoljaka. Jeśli będziesz jeszcze lepszy, on nie powącha murawy.
- Tego nigdy nie przewidzisz. Przede wszystkim mecze będziemy rozgrywać co chwilę, będzie ich dużo. Trener będzie miał wybór, być może zastosuje rotację. Ivica nie trenuje jeszcze z zespołem, więc tym trudniej zabrać głos.

- Euro 2016 odbędzie się we Francji...
- I to nawet na stadionie Tuluzy.

- Tym bardziej świetnie byłoby się tam pojawić.

- Każdy zawodnik chciałby być na tych mistrzostwach. Normalnie musiałbym powiedzieć, że najpierw trzeba się na Euro zakwalifikować, ale w moim przypadku poprawniejsze będzie, że najpierw trzeba się załapać do kadry. Zapewne twoje kolejne pytanie będzie dotyczyć reprezentacji Polski.

- Bingo.
- Nie, nie myślę o niej.

- A o przyszłości? Po sezonie znów czekać cię będą zawirowania, do Legii jesteś przecież tylko wypożyczony.
- Nie wiem, co wydarzy się przez kolejne miesiące, nie mam pojęcia, jakie ruchy będę wykonywał ja i jakie ruchy wykonają kluby za prawie rok. Legia ma zagwarantowaną opcję pierwokupu, być może będzie chciała mnie wykupić z Tuluzy. Jeśli tak się nie stanie, będę musiał wrócić do Francji.

- Wtedy wrócisz i udowodnisz, że 2014 rok był wypadkiem przy pracy i nadajesz się do gry w Ligue 1.

- Ostatnio dzwonili do mnie przedstawiciele Tuluzy, chwalili mnie za grę w ostatnich tygodniach i życzyli powodzenia. Nie ukrywam, trochę zdziwił mnie ten telefon. Czy chcę coś komuś udowadniać? Tak, sobie, że po nieudanym okresie można wrócić do formy, za którą ludzie cię chwalą, a nie kopią w tyłek.


Cały wywiad ukazał w Tygodniku "Piłka Nożna"