Portret Bartłomieja Drągowskiego, czyli po prostu Drążek

Potencjałem na poziom najpotężniejszych klubów świata dotarł już dawno, na drugi koniec Białegostoku może jak na razie docierać na siedzeniu pasażera i to tylko dzięki dobrej woli ojca i dziadka. Bartłomiej Drągowski – dzieciak bez prawa jazdy, ale z papierami na granie w poważną piłkę.

Niedawno w Białymstoku miało miejsce spotkanie na szczycie, na rozkładzie pojawił się temat przyszłości Bartłomieja Drągowskiego. Gdy swoją opinię miał wyrazić Michał Probierz, rzucił: – Powinniśmy wziąć za niego pięć milionów euro, i to minimum! Na dodatek sam musi zarabiać ponad milion i być pierwszym bramkarzem. Niedługo później w rozmowie z „Piłką Nożną” szkoleniowiec Jagiellonii dodał: – Liczę się z jego odejściem już w tym okienku transferowym. – Absolutnie nie ma takiej możliwości – kontruje natomiast Dariusz Drągowski, ojciec piłkarza kierujący jego karierą. – Idealną sytuacją byłoby wykupienie syna przez duży klub, a następnie wypożyczenie go do Jagiellonii na rok. Nic mi nie wiadomo na temat takiej oferty.

Soda nie tryska

Debiut w ekstraklasie był dla niego ciężki. – Od schylania się po piłkę w sieci aż mnie plecy bolały - wspomina z uśmiechem pierwsze spotkanie w elicie, ale tuż po meczu z Koroną, w którym wpuścił aż cztery gole, do śmiechu wcale mu nie było. – To była dla mnie walka z samym sobą. Miałem wtedy w głowie tylko złe myśli, trener starał się mnie uspokajać, różnie wtedy z tym u mnie bywało – przyznaje bramkarz Jagi. Drągowski od tamtego momentu pod względem przygotowania mentalnego przemierzył drogę z ziemi na księżyc. W starciu z Koroną spalił się w blokach, nie wytrzymał napięcia, dzisiaj jest to w jego przypadku po prostu niemożliwe.

– Nie ma nawet o czym mówić, tamten Bartek już nie istnieje. Od tamtego czasu bardzo, ale to bardzo, poszedł mentalnie do przodu, jest o wiele silniejszy – mówi jego ojciec. – Mnie też to interesowało, nawet ostatnio zadałem mu pytanie, jak sobie to wszystko układa w głowie przed meczami. Odpowiedział mi, że po prostu nauczył się dobrze nastawić. Bardzo pomógł mu mecz ze Śląskiem, gdy wszedł na boisko po czerwonej kartce dla Kuby Słowika. Wtedy wszystko wyszło niespodziewanie, nie miał czasu na rozmyślania, musiał wejść i zagrać. I dzisiaj właśnie takie ma podejście przed każdym występem – dodaje Drągowski senior. Przed pierwszym meczem ojciec starał się nakręcać syna, odpowiednio motywować. Cztery wpuszczone bramki i nerwowy debiut spowodowały, że ojciec stara się nie rozmawiać z synem na temat meczu już jeden dzień przed pierwszym gwizdkiem.

I to jest właśnie największa siła młodego bramkarza – zimna głowa. – Trenerzy zawsze powtarzają, że jestem gościem bez układu nerwowego – mówi z uśmiechem. Przejawia się to zresztą nie tylko na boisku, ale także poza nim. Tryskającej z uszu wody sodowej jeszcze u niego nie zaobserwowano. Na początku przygotowań do nowego sezonu zadzwonił do ojca zawodnika trener Probierz, mówił mu, że Drążek nie przykłada się do treningów. Niektórzy uważali, że były to pierwsze symptomy odfrunięcia młodej gwiazdy, ojciec musiał tłumaczyć jednak sztabowi szkoleniowemu, że to nie sodówka, a przemęczenie młodego organizmu. DD: – Bartek miał jedynie pięć dni przerwy, a w tym czasie musiał jeszcze załatwić sprawy w szkole. Psychicznie i fizycznie był wykończony, nie dziwię się dzieciakowi, że niezbyt dobrze wyglądał na treningach. Teraz jest już jednak wszystko tak, jak powinno być.

Plakat Buffona? Wolałem Sandormierskiego!

Dojrzałość młodego bramkarza Jagiellonii w pewnych momentach aż razi w oczy. Gdy zadaje mu się pytanie o nazwę zainteresowanego nim klubu, która zrobiła na nim dotychczas największe wrażenie, odpowiada w swoim stylu, z kamiennym wyrazem twarzy: – Żadna.

I nie jest to wytrenowana poza, maska, za którą się skrywa. – Żaden klub nie budzi we mnie większego ciśnienia. Powiem więcej, ja się tym nawet nie interesuję! Czasem zdarza się nawet, że o zainteresowaniu jakiś klubów dowiaduję się jako ostatni – mówi Drążek. – Taka wiedza jest mi zresztą niepotrzebna, sam się potrafię odpowiednio zmobilizować, nie potrzebuję dodatkowej wiedzy o zainteresowaniu tego czy tamtego wielkiego klubu. Sam robię to najlepiej i nikt obok nie musi tego robić.

- Nigdy nie wieszałem nad łóżkiem plakatu Buffona i nie mówiłem sobie, że kiedyś go zastąpię. Dla mnie od zawsze liczyła się tylko Jagiellonia, jeśli już sobie wieszałem jakieś plakaty, to Grześka Sandomierskiego. Grzesiu był moim wielkim idolem, gdy bronił w Jadze – zdradza. – Marzenia mam trochę inne, niż gra w wielkim klubie. Moim marzeniem jest mieć rodzinę, kochającą żonę i dom. Plany zawodowe? Takie, żeby moja rodzina w przyszłości nie musiała się martwić o swój byt.

Zawodnik najgłośniej śmieje się, gdy musi słuchać komplementów, jakie spływają pod jego adresem. – Zupełnie nie uważam się za najlepszego golkipera w polskiej lidze. Myślę, że jest tu sporo lepszych i o wiele bardziej doświadczonych bramkarzy, którzy wnoszą do zespołu więcej niż ja. Cieszę się w ogóle, że mogę bronić w Jagiellonii, że trenerzy mi ufają. Nie uważam się za jakiegoś super bramkarza. Po prostu, Drążek.

Od imprezy z kumplami woli spacer z dziewczyną, a mieszkania w centrum miasta, jak większość kolegów z drużyny – rodzinne lokum na obrzeżach Białegostoku. – Grubsze imprezy to zupełnie nie mój świat, nie jestem człowiekiem skorym do zabawy. Po prostu tego nie lubię, nie czuję się wtedy dobrze – mówi.

Transfer? Jeszcze nie teraz!

Dobre ułożenie Bartka to zasługa krótko trzymających go rodziców. – Często zdarzało się, że Bartek mówił: „Tato, mówisz mi to już tysięczny raz!” Ale trzeba było, żeby się młodemu utrwaliło. Teraz już mu nic nie muszę mówić, nie muszę nawet kontrolować, żeby nie odleciał. Wiem, że sodówka nie uderzy mu do głowy – mów Dariusz Drągowski.

Rodzice bramkarza mają jasny podział. Tata dba o kwestie sportowe, mama z kolei pilnuje nauki syna. – Choć muszę przyznać, że odkąd zacząłem grać, mama wciągnęła się w sport i ostatnio bardzo mnie zaskakuje. Ostatnio na przykład zaczęła mi opowiadać o tym, że o drugiej w nocy w telewizji była powtórka meczu Piasta Gliwice, a dwie bramki strzelił Vassiliev. Gdy spytałem, czy w ogóle wie, kto to jest Vassiliew, odpowiedziała: - No pewnie, przyszedł teraz do was taki gościu!

Przed kilkoma laty rodzina Drągowskich założyła sobie wspólny plan, teraz wytrwale go realizuje. – Powiedzieliśmy sobie, że Bartek musi zdać maturę, a on się ze mną zgodził. Poza tym przed wyjazdem zagranicznym musi zrobić prawo jazdy. Na tę chwilę nie może narzekać, bo zbiera przecież kolejne szlify na poziomie ekstraklasy. Jeśli syn będzie wytrwale pracował i trzymał się planu, czas na zarabianie pieniędzy jeszcze przyjdzie. To nie jest moment, żeby myśleć o kasie – zauważa Drągowski senior.

Zainteresowanie jest gigantyczne. Do tego stopnia, że ojciec piłkarza nie odbiera już telefonów od nieznajomych numerów. – Gdybym za każdym razem miał wciskać zieloną słuchawkę, nie robiłbym nic innego, tylko gadał przez telefon – mówi. Gdyby piłkarz i jego ojciec tylko chcieli, Drągowski już dawno przeszedłby do jednego z wielkich, europejskich klubów. Zgłaszały z się po niego najwięksi z Anglii, Włoch i Hiszpanii, za każdym razem propozycje odrzucane były już na wstępie. – To fajne kluby, ale wyjechać tylko po to, żeby później siedzieć w szafie? Nie miało by to sensu – uważa bramkarz i dodaje: - Mówimy przecież o takich klubach, które mają obsadzoną pozycję bramkarza na długie lata. Jedynie w przypadku Juventusu Gianluigi Buffon jest troszkę starszy. Wszystkie propozycje, które zawodnik dotychczas dostał były nieatrakcyjne, bo gwarantowały mu jedynie występy w młodzieżowych drużynach.

Sprawa jest zresztą jasna: klub nie chce na razie sprzedawać piłkarza, Bartek chce zostać i powtórzyć dobry wynik z poprzedniego sezonu, a ojcu też jest na rękę, żeby syn był na razie pod jego opieką. - To jest dziecko, które ma jeszcze dużo do zrobienia w Polsce – uważa Drągowski senior.

- Wiem, że Bartek w pewnym momencie osiągnie taki poziom, że polska liga stanie się dla niego za ciasna. Jak na razie jednak syn nie doszedł do tej granicy – mówi ojciec zawodnika.  Niedawno informowano, że za Drągowskiego zapłacił już Juventus Turyn, jeszcze wcześniej pisano, że zawodnik Jagiellonii jest dogadany z Chelsea Londyn. Podobnych plotek był już tuzin, wszystkie okazały się jednak nieprawdziwe. – Bartek ma jeszcze dużo do poprawy i dużo do zrobienia. I właśnie dlatego śmieję się ze wszystkich medialnych doniesień...

- Bardzo chciałem zagrać  z Jagiellonią w europejskich pucharach, to było moje marzenie. Gdy już mamy na to szansę, skupiam się tylko na tym. Resztą zajmuje się mój tata, odcina mnie od wszystkiego i czuję się z tym dobrze – mówi piłkarz, który w Jagiellonii oprócz stania w bramce pełni inną, niezwykle odpowiedzialną funkcję. Na Drągowskiego spadł obowiązek zapewniania muzycznej oprawy w szatni przed i po meczach Jagi. – Zenka Martyniuka raczej nie puszczam, zresztą ogólnie Disco Polo rzadko kiedy pojawia się u nas w szatni. Jeśli już, to ewentualnie po meczach. Czasem trener Probierz też pomacha głową, jak usłyszy muzykę z głośników. Wydaje mi się, że muzyka w szatni odpowiada każdemu. Nawet trener Probierz czasem pokiwa głową, więc jemu też musi się podobać.

Zawodnik wczuł się w nową rolę do tego stopnia, że niedawno zakupił nawet komplet nowych głośników, aby jakość puszczanej przez niego w szatni muzyki była jak najwyższa. Jego każda wizyta na stadionie kończy się więc od niedawna wizytacją szatni w celu sprawdzenia, czy nikt nie zwędził sprzętu. – Jak na razie wszystko jest na miejscu. I dobrze, bo na tych głośnikach dojdziemy do końca sezonu. Mam nadzieję, że równie udanego, jak ten poprzedni.

Paweł KAPUSTA


Artykuł opublikowany w Tygodniku "Piłka Nożna"